Showing posts with label opowiadanie. Show all posts
Showing posts with label opowiadanie. Show all posts

July 10, 2020

Kolejny raz o pierwszym pocałunku

Pierwszy raz zakochałam się jak miałam jakieś dwanaście lat. Niewinnie i niespodziewanie, nawet sama przed sobą nie mogłam tego przyznać, bo przecież jak można się zakochać w kimś obcym, a przecież wiemy, że tak naprawdę nie wiemy - kto jest po drugiej stronie. Pierwszy raz w życiu odkryłam bratnią duszę, kogoś kto rozumiał moje pomysły i problemy, bez oceniania, bo nie było co oceniać - na tamten moment byliśmy do siebie bardzo podobni. Gdy jeszcze dojrzewanie nie zrobiło z nas innych ludzi, mogliśmy pisać o wszystkim bez zgrzytów, a gdy one nadeszły, dawaliśmy sobie ze sobą spokój na kolejne miesiące, a czasem i lata, ostatecznie zawsze wracając do kolejnych maili. Nasze skrzynki odbiorcze poznały każdy burzliwy etap dojrzewania - przez nieśmiałość i pogardę dla wszystkiego co takie popularne i oczywiste (przecież trzeba było tłumaczyć sobie towarzyskie niepowodzenia swoją wyjątkowością), po pierwsze związki, matury i dorosłość. Osiem lat się od siebie odbijaliśmy, nie zakładając spotkania, jedynie o nim  śniąc i marząc na jawie, bo przecież nie ma opcji, żeby rodzice nam pozwolili. Aż w końcu dorośliśmy, zaczęliśmy  żyć po swojemu i podejmować własne, dorosłe decyzje - na śniadanie jeść lody z ciastkami, a na kolację spotykać się z nieznajomymi z internetu. 
Rano zadzwonił do mnie telefon, numer nieznany, ale głos ewidentnie znajomy i mówił tak, że musiał mnie znać i wiedzieć kim jestem, więc zaspana powiedziałam, że jasne, będę dzisiaj w domu, tylko najpierw mam dentystę, pewnie, wpadaj - bo przecież jak mnie zna, to wie gdzie ma wpadać, nikt obcy nie miał ani mojego numeru telefonu, ani danych o miejscu zamieszkania. Poszłam dalej spać i dopiero po kilku godzinach przyszła świadomość na co się zgodziłam i czyj głos usłyszałąm w słuchawce.
Ziściło się ostrzeżenie, którego bałam się jako dziecko, a spełniło się jak urodzinowe życzenie, gdy po południu dostałam sms-a ze zdjęciem charakterystycznego budynku, obok którego mieszkałam.
Prosiłam, żeby nie całował mnie od razu. Nie chciałam by pocałunek, na który czekałam tyle czasu był okraszony zapachem i posmakiem borowania, które miałam za sobą.

* * *

Poszliśmy do mnie z lekkim skrępowaniem, wiedząc do czego to prowadzi, ale z pytaniem  -  jak? Co dalej, rzucimy się na siebie jak filmowi, nienasyceni kochankowie, czy z nieśmiałością będziemy krążyć wokół tematu? Nie bawiliśmy się jednak w przepychanki słowne, przez osiem lat nagromadziliśmy wystarczającą ilość słów i wymieniliśmy się wystarczającą ilością spostrzeżeń, by w tym momencie została nam już tylko cielesność.
Położyłam się na łóżku i pociągnęłam go za rękę, a on położył się obok. Ściśnięci na pojedynczym tapczanie w końcu byliśmy bliżej siebie niż w każdej nastoletniej fantazji o spotkaniu. Prawie dziesięć lat zajęło nam dotarcie do tego miejsca i chociaż było to zupełnie niespodziewane, oboje wiedzieliśmy co teraz nastąpi.
Ten moment, tuż przed pocałunkiem, kiedy powietrze staje się gęstsze, zmysły się wyostrzają - ignorując wszystko to, co dookoła. Nie było już ciasnego, zagraconego pokoju, nie było szumu ruchliwej ulicy za oknem. Tylko ta chwila otumaniającego paraliżu, rejestrującego każdy milimetr zmniejszającej się odległości pomiędzy nami. Ciepło przyciągającej mnie do siebie, dużej męskiej dłoni na mojej talii. Głód w podbrzuszu, ścisk w klatce piersiowej, ten momentalny brak tchu, gdy nasze usta dzieliły już sekundy, a nie lata, chociaż każdy najkrótszy moment zdawał się boleśnie przeciągać. Obydwoje byliśmy wygłodniali siebie, a jednak się ociągaliśmy, jakby zetknięcie naszych warg miało zburzyć jakiś wyidealizowany obraz, który budowaliśmy w swoich głowach przez tyle lat, jakby coś miało się skończyć - pielęgnowane tyle czasu marzenie o tej chwili. Ale strach nie mógł być silniejszy od pragnienia.
- Czekałem wystarczająco długo - wyszeptał i w końcu mnie pocałował. Jego usta były miękkie i ciepłe, a pocałunki powolne i nienatrętne, dokładnie takie jakie uwielbiam i na jakie czekałam. Jego ręce nieśpiesznie podróżowały po moim ciele - po krągłościach piersi, bioder, pośladków i ud. Palce niestrudzenie maszerowały po fałdach materiału, przekopując go w poszukiwaniu wolnego kawałka nagiej skóry, aż w końcu dotarły pod spódnicę i zniknęły pod jej połami, gdzie poczułam ich poczynania, gdy sunęły w górę moich nóg. Dotykał mnie z czułością i bez pośpiechu, bo po co płoszyć czas, z którym potrafiliśmy się mierzyć całe nasze nastoletnie życie, minuta mniej czy więcej nic by już nie zmieniła.
Wyswobodziliśmy się z ubrań i błądziliśmy po swoich ciałach, porównując oczekiwania do rzeczywistości kształtów i faktur, pokonywaliśmy granice swojej wyobraźni, która nie sięgała głębiej niż za nieśmiałą krawędź nastoletniego dekoltu. Badaliśmy swoje piegi, pieprzyki, włoski i rozstępy, jakby każde nowe odkrycie było czymś wyjątkowym i niespotykanym, chociaż nasze ciała dawno już przestały być niewinne i niepoznane. Gdy dzieliliśmy wspólne fantazje o nieśmiałych pierwszych pocałunkach, nie zakładaliśmy, że będą tak odważne i dzikie, że języki nie dotkną tylko siebie nawzajem, ale i będą sunąć po słonej od potu skórze, po wypukłościach piersi i po zagłębieniach pomiędzy udami. 
Już bez zawahania, bez budowania napięcia oczekiwaniem, pchnęłam biodra w jego stronę i jednym ruchem w końcu zminimalizowałam odległość między nami do zera. Z obiektu mojej pierwszej, nieśmiałej i niewinnej miłości, w końcu uczyniłam kochanka. Dojrzałego i pewnego każdego swojego ruchu, nie nastoletniego chłopca, do którego wzdychałam przed laty. Mężczyznę, który kilkoma pocałunkami i chwilowym dotykiem uczynił sobie me ciało poddanym i pełnym uwielbienia.

* * *

Przysypiałam w jego ramionach po nocy uniesień, chcąc znów zatrzymać czas, odsunąć moment jego odejścia. Ale tak jak nasze ciała nie były już w stanie walczyć o kolejne orgazmy, tak i noc skracała się drastycznie, przypominając nam o tym, że niedługo znowu będzie trzeba wrócić do codzienności, w której nie mamy siebie obok. Przygoda kończyła się razem z jaśniejącą na widnokręgu łuną porannego światła. Patrzyłam półprzytomnie jak ubiera się i wychodzi. Próbowałam zamknąć oczy, nie podnosić się z łóżka, ale pragnienie by zobaczyć go jeszcze przez chwilę wygrało z moją dumą. Zerwałam się do okna i patrzyłam na jego plecy, jak postawna sylwetka z kaskiem pod pachą kierowała się w stronę motocyklu. Nie odwrócił się ani na moment i zostawił za sobą osiem lat rosnącego napięcia, które tej ciepłej lipcowej nocy w końcu znalazło ujście. I tak starannie pielęgnowane marzenie rozpłynęło się jak mgła, która do tej pory otulała mnie, przynosząc jakąś ucieczkę od codzienności, bo czym innym była tak długo pielęgnowana w sercu pierwsza miłość, jeszcze nawet nie do końca nastoletnia, bo ile mieliśmy wtedy lat? Dwanaście? Trzynaście? Dzieciaki.
Rozmyły się wszystkie inne wspomnienia i skojarzenia, które latami budowaliśmy sobie na odległość. Zapach suszonych kwiatów i starych książek na poddaszu domu mojej babci, gdzie latem pisałam mu swoje pierwsze listy miłosne, już przestał być symbolem nieosiągalnego, skończyło się też wracanie do snu, jakby był realnym wspomnieniem - o lesie, wspólnym spacerze i trzymaniu się za ręce, a w końcu o tym wyimaginowanym pierwszym pocałunku, który w końcu się wydarzył naprawdę i był znacznie słodszy niż mogłabym pomyśleć, ale ostatecznie pozostawił po sobie gorycz rozczarowania, bo już przestał istnieć tylko jako oczekiwanie, ale stał się przeszłością.

September 22, 2015

Romantyczna historia z miesiączką w tle

 

Zaprosiła go do siebie na randkę. Upiekła ciasto i schłodziła wino. Zgaszone światło i blask świec stworzyły idealną atmosferę, żeby zrobić sobie romantyczny wieczór, ewentualnie, jak kto woli, wywołać diabła albo złożyć ofiarę z ludzkiej krwi. 
Zrobili wszystkie te rzeczy, bo w którymś momencie chyba jednak przestała być "za młoda". Może to wino uderzyło mu do głowy, a może ciasto tak bardzo smakowało, bo przecież nie mogło chodzić o krótką spódniczkę - ostatnim razem mogła by jej nie mieć, a on i tak nie chciał jej tknąć.

Diabła wywołali stosunkowo szybko, w końcu nie chował się za głęboko, siedział jej za kołnierzem, a dekolt miała  znacznie głębszy niż ostatnio. Pchnął ich w swoje ramiona, rozpiął guziki jego koszuli i haftki jej stanika. Zamienił słowa w szepty, przytulenia w pocałunki, a ręce wędrowały coraz niżej i żadnego z nich nie powstrzymała nawet jej miesiączka.

Pościel po wszystkim wyglądała jakby w ofierze ciemnym mocom zarżnięto w łóżku jakieś małe zwierzątko, ale nic z tych rzeczy, nawet jeśli rżnięcie, owszem, było.

September 15, 2015

Diabła miała za kołnierzem


Poszła na randkę ze starszym od siebie mężczyzną i - och jej, bo dawno nie była tak całowana. Z czułością, głodem, namiętnością - wszystkim na raz. Głaskał ją po włosach, po policzku - i całował. Idealnie miękkimi ustami, wilgotnym, ciepłym językiem.
- To może chcesz wpaść do mnie na naleśniki? - zapytała niewinnie. Mogła zaproponować oglądanie pocztówek, picie herbaty, albo czytanie encyklopedii, wszystko było przecież jasne.
Tymczasem on odmawia. Kręci, wymiguje się od odpowiedzi - a ona nie jest w stanie zrozumieć. Widzi, że mu się podoba. A on, wcześniej nie mógł oderwać od niej wzroku - a teraz nie może oderwać też rąk, z trudem odrywa usta. I w końcu mówi:
- Jesteś dla mnie za młoda.
Dziewczyna przeciera oczy, bo przecież  nie wierzy, ale może powinna raczej przeczyścić uszy? Zazwyczaj jej wiek to zaleta. Trzydziestolatkowie to chleb powszedni, ale i starszych ciągnie do niej jak muchy do lepu, bo w końcu to takie fajne, mieć przy sobie taką młodziutką dziewczynę. Tylu starszych mężczyzn do niej zagadywało i pisało - i każdy marzył o osiemnastoletniej kochance! Przecież to klasyka, w filmach i serialach, w piosenkach i opowieściach - starszy mężczyzna znajduje sobie znacznie młodszą kochankę!
Ale w tym wypadku to wada. Bo źle by się czuł, jakby ją demoralizował. Wykorzystywał. I ona tłumaczy, że jej się bardziej zdemoralizować już nie da, po prostu zna ją od tej bardziej neutralnej strony, ale naprawdę, on nie da rady już bardziej zaszkodzić. W końcu usiadła mu okrakiem na kolanach, znów go całuje, wytycza językiem szlaki na szyi, przygryza płatek ucha, słyszy jak ciężko oddycha, jak desperacko trzyma ją w ramionach, nie chcąc, by przestała, jednocześnie bojąc się co będzie, jeśli nie przestanie.
- Czy gdybym nie chciała być wykorzystana, to nosiłabym takie majtki? - pyta przekornie, chwytając go za rękę, naprowadzając ciepłą dłoń na swój pośladek, zupełnie odsłonięty, bo więcej w tych jej majtkach jest wycięć, niż materiału.
Czuje jak mężczyzna bada palcem niepoznany ląd jej pupy, wyobraża sobie jak naprawdę wyglądają te majtki i te pośladki. Wędruje po skrawkach materiału, dociera coraz głębiej. Wsuwa we nią ledwo jeden palec, dosłownie na kilka sekund, ale ona już dyszy mu zachęcająco do ucha, jakby było to znacznie więcej.
- Nie bój się, nie jestem taka niewinna, na jaką wyglądam. Naprawdę diabła mam za skórą. Nawet nie za skórą. Za kołnierzem. Jak mnie rozbierzesz, to sam zobaczysz - rozpina natychmiast dwa guziki sukienki, która wcześniej była skromnie zapięta pod szyję, aż do wyprasowanego kołnierzyka. Drugą rękę prowadzi mu pod sweterek, kładzie na swojej piersi, zaciska dłoń na jego dłoni tak, by sam zacisnął się mocno na niej. Więc on zaciska, dotyka. Nie przeszkadza im pałętający się obok bezdomny, ani całująca się dwie ławki dalej para. Dotyka ją, całuje jeszcze namiętniej, a potem bierze na ręce i podnosi...
...tylko po to, żeby odstawić ją na chodnik i powiedzieć, że niedługo odjedzie jej ostatni tramwaj, więc lepiej będzie, jeśli teraz ją odprowadzi.

August 9, 2015

Trzy namioty

Fot. Karolina Ramos

Pojechałyśmy z Marleną na Woodstock.

Marlena nie wróciła na noc po raz pierwszy i gdy się obudziłam, a jej nie było obok, trochę się zmartwiłam. Odebrała po pierwszym sygnale, więc mogłam spać spokojnie - i to pod dwoma śpiworami. Nad ranem poprosiła, żebym usiadła obok niej. Usiadłam. Nie, nie tak, usiądź nade mną. Siadłam na piętach, tuż przy jej biodrach i patrzyłam na nią z góry, a jej ciągle nie pasowało. Nie, nie tak. Usiądź... na mnie. Spojrzałam na nią podejrzliwie, ale ja to ja, dwa razy mnie nie trzeba prosić o takie przysługi, zwłaszcza, gdy zgrabna dziewczyna podwija przede mną koszulkę. Patrzę na nią zaskoczona, ale nie żądam wyjaśnień, ja zawsze chętnie pomogę, jeśli trzeba na kimś usiąść.
- Widać mój tatuaż? - słyszę i spoglądam na kość miedniczną, grzecznie omijając wzrokiem wypukłości powyżej, które znacznie bardziej chciałabym podziwiać. 
- Słabo, prawie na nim siedzę.
- A teraz się pochyl, jakbyś chciała rozpiąć mi spodenki. Widać?
- No widać. - kiwam głową, walcząc ze sobą, bo moje ręce chętnie rozpięły by spodenki na serio, a nie tylko po to, żeby podziwiać tatuaż z różnych perspektyw.
- To dobrze. Spotkałam wczoraj takiego kolesia. Cały był w tatuażach, więc chciałam, żeby zobaczył, że ja też mam.
Cóż, nie chciałam łamać jej serca i darowałam sobie komentarz o tym, że w takiej pozycji jej nowy tatuaż był ostatnią rzeczą, na którą zwrócił uwagę.

Drugiego wieczoru Marlena postanowiła iść na koncert. Nie dotarła. Przy jednym z namiotów siedział Kamil. Wysoki, chudy, blady jak trup i z dredami, posłał jej szeroki uśmiech, a ona widząc skręta w jego dłoni, uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Całą noc mówił jej, że jest piękna i że ją kocha. Tylu wyznań miłości nie słyszała w całym swoim życiu i trochę dziwiła się na jego słowa, ale zaraz tłumaczył, że to tylko taka woodstockowa miłość i żeby się nie martwiła, bo za tydzień o niej zapomni. Nie było to zbyt romantyczne, ale skręcał już kolejnego, więc nie zastanawiała się nad jego słowami, zwłaszcza, że następnej nocy sama już o nim nie pamiętała.

Marlena nie trafiła w nocy do naszego namiotu. Nic dziwnego, gdybym sama tyle wypiła, też bym nie mogła trafić. Jak szłam na koncert, jakiś chłopak w sombrero częstował ją wódką, ale nie miała czym popić, więc popijała wódkę piwem, a gdy skończyło się piwo, to wódkę wódką. Wyglądała na zadowoloną, więc nie ingerowałam. Poza tym ja też byłam zadowolona z perspektywy zawłaszczenia sobie jej śpiworu po raz kolejny.
W zasadzie zawędrowała całkiem blisko naszego namiotu, poddała się dopiero piętnaście metrów od miejsca docelowego, gdy na chwilę usiadła przy ognisku z Niemcami. Oni też częstowali różnymi używkami, więc tym bardziej nie śpieszyło jej się do mnie. Poza tym, jeden z nich, Gilbert, już zaczął się do niej kleić. Był nad wyraz ucieszony, gdy powiedziała, że zgubiła drogę do namiotu, a noc jest zimna. Zaraz zaprosił ją do siebie i żeby było cieplej, szybko się rozebrali. Nie wnikałam w logikę tej opowieści. Gilbert był uroczy, bo w całej tej grupie Niemców - Niemcem nie był. Mówił z cudownym, brytyjskim akcentem, złapał ją za włosy i szeptał jej do ucha takie rzeczy, o których lubiła słuchać, a gdy zduszonym głosem odpowiadała mu "yes, please", to poprawiał ją "yes, sir", a ona grzecznie przyjmowała te poprawki. 
O czwartej nad ranem, w świetle poranka zobaczyła, że nie jest tak przystojny, jak wskazywałby na to jego akcent i nawet chciała wrócić do naszego namiotu, ale nie mogła znaleźć spodni. Więc została tak długo, aż nie skończył im się zapas prezerwatyw.

Za rok też chcę jechać z Marleną. Dodatkowy śpiwór, dodatkowy koc, a wcale nie muszę ich dźwigać. Poza tym, może czegoś się nauczę - i nie mówię o wyłudzaniu używek. Bo przez te trzy noce całowałam się tylko raz, niechcący. Podszedł do mnie Turek (wnioskuję po zakrzywionej szabli, turbanie, brodzie i odcieniu skóry) i bez ostrzeżenia zaczął mnie całować. I zdecydowanie nie miałam ochoty na więcej, przez te trzydzieści sekund nasiąkłam jego czosnkowym oddechem i czułam się tak, jakby moje życie już nigdy miało nie być takie samo.

March 6, 2015

Mężczyzna, który pachniał

Smutno mi było, gdy wyjeżdżał. Zabrałam mu sweter i nie chciałam oddać. Nie walczył. Pozwolił mi otulić się w tym zapachu. Przez kolejne dwa dni po jego wyjeździe spałam w jego pościeli, chodziłam w jego swetrze. Umówiliśmy się, że spotkamy się na wiosnę, a ja oddam mu wtedy to, co jego. Nigdy więcej się już nie zobaczyliśmy, bo powoli zaczęłam zauważać to, jak wykorzystywał mnie dla swoich pragnień. Zauważyłam jak nasze rozmowy przestawały się kleić, jak zaczęliśmy się sobą nudzić. I zrezygnowałam z tego. Porzuciłam wspomnienia, porzuciłam jego zapach. Tylko ten sweter ciągle wisi mi w szafie niczym wyrzut sumienia.

January 8, 2015

Skóra

Tak bardzo nienawidzę siebie, że chcę zerwać z siebie skórę, rozebrać się do naga, skalpelem rozciąć to szpetne ubranie, być może pod spodem będzie inna skóra. Inna ja. Ale pod spodem też nie ma piękna, sama sprawdzałam. Wzięłam nóż kuchenny i robiłam nacięcia. Od pach aż do łokci, a potem od łokci do nadgarstków. Od stóp do kolan, a nad kolanami do pachwin. Kolejne rozcięcie zaczynało się pod brodą, szło mi przez gardło, potem pomiędzy piersiami, kończyło się na moim podbrzuszu, ale i tam nie było innej mnie. Podałam ci nożyczki i błagałam - "tnij!" - mógłbyś zacząć od karku, wydostać mój kręgosłup w całości, ale i ty nie chciałeś mnie uwolnić. Chciałam ci pokazać, że nie ma mnie innej i już zawsze będę taka, ale nie chciałeś patrzeć, nie chciałeś sam sprawdzić, ale wierzyć mi też nie chciałeś. I mieć mnie już nie chciałeś.
Klęczę w kałuży swojej krwi i w bebechach wywalonych na betonową posadzkę, obdarta nie tylko ze skóry, ale teraz i z godności, i wcale się już niczemu nie dziwię, sama siebie też bym nie chciała.

December 7, 2014

Glory box

To pechowy wieczór. Przez chwilę poczułam się wybrana. Poczułam się tą jedyną. Nie w takim sensie, że na zawsze, że pierścionek, potem obrączka, niewolnictwo i "nie opuszczę cię aż do śmierci" - mam nadzieję, miła, że szybko zdechniesz. Nie. Jedyna tego wieczoru. Żadna inna kobieta, żaden inny znajomy, żadne obowiązki, wszystko nie ważne, wszystko porzucił, by zabrać mnie do siebie. Obowiązków było dużo, chętnych było dużo, ale to obietnica moich pieszczot była najbardziej przekonująca. I bałam się. Bałam, że będą ciekawsze rzeczy. A jeśli nie ciekawsze, to ważniejsze. Bo ja jestem małym nikim, nie jestem przesadnie mądra, nie jestem olśniewająco ładna, wszystko może być ciekawsze i ważniejsze ode mnie. Ale to ja mam usta pełne pocałunków, ramiona pełne przytuleń i piersi wypełnione westchnieniami. Wpadł więc w moją pułapkę, a ja byłam mu wdzięczna. Uciekł innym, dokładnie tak powiedział, że uciekł. Uciekł dla mnie i poczułam się wyjątkowa.
Napiliśmy się wina, smaczne było, ale nie znam się przecież za bardzo. Uderzyło do głowy, może, a może wcale nie, może to bliskość tak działa. Zapytał czy nie mam ochoty się poprzytulać. Oczywiście, że mam, po to tu przyszłam. Nie chciałam przytulać się pod kołdrą, teraz chyba tego żałuję, może i było gorąco, ale co z tego, przecież nie od dzisiaj wiadomo, że kołdra chroni mnie przed złem całego tego świata; głupia byłam bardzo, że nie chciałam. Gdybyśmy tulili się pod kołdrą, to nic by nam nie mogło przerwać. 
Dopadł do moich ust, zmazał czerwoną szminkę, potem własnymi wargami przeniósł ją na moją skórę - na szyję, ramiona, piersi i brzuch, a może tylko na szyję, nie było przecież tej szminki aż tak dużo. Czułam pod palcami jak jego ciało pragnie mojego, wędrowałam po nim językiem, obsypując ciepłą skórę najczulszymi pocałunkami. Sprawiałam mu przyjemność, czciłam jego ciało, czciłam go jako mężczyznę, ale tak zachłannie, jakbym czciła samego Boga, modląc się do niego na klęczkach. Zachłannie całowałam, chcąc usłyszeć więcej i więcej jęków, hymnów pochwalnych dla mojego języka. A potem się kochaliśmy, nie długo, ale namiętnie, łącząc ze sobą nasze ciała ustami, dłońmi, genitaliami. Wymienialiśmy się płynami, oddechami, dotykami i spojrzeniami. Czasami przymykał oczy, gdy było mu szczególnie przyjemnie, ale poza tym, niewiele się zmieniło, dalej był mężczyzną, który patrzył.
Tulił się potem do mojej piersi, oboje łapaliśmy oddechy, pomyślałam, że może zapytam - czy chce, żebym została na noc, czy może mam sobie iść? Ale nie, nie chciałam pytać o takie rzeczy, jeszcze powiedziałby mi to, czego nie chciałam usłyszeć, więc poprosiłam o prezent mikołajkowy. "Całuj mnie po plecach" - powiedziałam, a on całował. Nieprzewidywalnie, raz na górze, raz na dole, potem z boku, czasem po środku. Muskał wargami i palcami, a ja drżałam. Chciałam jeszcze, chciałam znowu, już zaraz odwrócę się do niego twarzą, znowu go pochłonę, jeszcze tylko jeden, dwa pocałunki. Jak ja lubię, kiedy ktoś kocha mi plecy!
I wtedy zadzwonił telefon. Nie przerwał brutalnie ciszy, bo nie było ciszy - w tle mruczała muzyka, a ja mruczałam na głównym planie, z przyjemności. Telefon przerwał brutalnie spokój, czułość, przeszkodził w pieszczotach, których tak łaknęłam, niedopieszczona.
Leżałam na łóżku, słyszałam nerwową rozmowę - więc i mnie nerwy ścisnęły w żołądku. Jeszcze nic nie zostało powiedziane, ale już wiedziałam, że to koniec, że będę musiała sobie pójść. Ale nie ruszałam się z miejsca, tkwiłam tam tak, jak mnie zostawił, mając nadzieję, że intuicja to tylko jakiś wymysł, że to jednak pomyłka. Ale to nie była pomyłka.
Za piętnaście minut przyjdą goście, wprosili się, jest mu naprawdę głupio, tak mówi, ale ja uśmiecham się nieszczerze, nawet się nie staram, żeby to wyglądało wiarygodnie, tylko mówię, że - no trudno, zdarza się. Mówi, że widzi, że jest mi przykro. Robię kwaśną minę, taki uśmiech na niby, chwilę się waham, krzywię się jeszcze trochę, dla dodania dramatyzmu i w końcu mówię, że nie jest mi przykro, że rozumiem. Wkładam na siebie ekspresowo majtki i dodaję jeszcze "przecież to dla mnie nie pierwszy, ani nie ostatni raz". Bo to nie jest nowość - dałam mu orgazm, a teraz powinnam już sobie pójść. Bo czuję się wykorzystana, niechciana, chcę żeby to wiedział, ale nie chcę mu tego powiedzieć, więc używam babskich zagrywek, domyśl się, wzrok pełen wyrzutu i słabo ukrywany zawód, smutek, złość.
Na playliście włączyła się teraz piosenka Portishead, Glory Box. Daj mi powód, by cię kochać.
- Wiesz, ta piosenka leciała w twoim aucie, jak rok temu odwoziłeś mnie na autobus - wspominam, a on kiwa głową, faktycznie, ma przecież w aucie płytę. Gratuluje mi dobrej pamięci. Nie chcę mieć takiej pamięci, bo przez moją pamięć to piosenka pożegnań z nim, a nie po prostu - piosenka.
Odprowadza mnie na zewnątrz, całuje na pożegnanie, chciałabym odejść szybkim krokiem, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem, ale nie potrafię. Nie wiem kiedy znowu się zobaczymy - za kilka miesięcy, za rok, kilka lat, nigdy? Obiecuje mi, że gdy przyjedzie następnym razem, to zabierze mnie na kolację. Nie chcę się łapać tej obietnicy, nie chcę jej słyszeć. Ale kurczowo się jej trzymam.
Pada deszcz.

Leżę w łóżku i jestem smutna. Jestem naga, boję się, że jeśli się ubiorę, to strzepię z siebie jego zapach. Jeszcze chwilę temu moje usta i język pamiętały jego gęsty, męski smak, teraz czuję już tylko posmak dymu papierosowego. Ale moja skóra ciągle pachnie nim, nami. Nie. Ja pachnę jego jaśminowym żelem pod prysznic i mieszanką naszych potów. Głównie mojego potu. Ale w mojej głowie - to jego zapach. On pachnie tak samo, a ja chcę znowu zatopić się w nim nos. Nos, usta, dłonie, całą siebie. Wącham swoje pachy, piersi, zgięcia pod łokciami, zbieram go też spomiędzy ud, jeszcze tylko w tych kilku zakamarkach utrzymał się jego zapach.
Znalazłam w internecie ten żel pod prysznic i zamówiłam sobie. Łudzę się, że przynajmniej w ten sposób będę miała go dla siebie. Z głośników płynie muzyka. Daj mi powód, by być kobietą.

August 20, 2014

O dziewczynie upojonej słowami.



Znad szelestu liści unosił się tylko jeden dźwięk. Woda wrząca na prymitywnej kuchence. Ona miała przymknięte oczy, starała się delektować uspokajającą scenerią. Czerpać energię ze słońca padającego przez zielone liście tuż nad jej głową. Idealny spokój, który niemalże czuła, jak gdyby przepływał przez jej ciało – uczucie rozrastało się z klatki piersiowej i drążyło ją  aż do koniuszków palców. Mimo wszystko, nie potrafiło wyrzucić tych nerwów, ekscytacji z jej głowy.
Otaczały ją tylko odcienie zieleni i brązu. Brązowy taras przyłączony do brązowego domku z bali zwieszał się tuż nad stawem, pokrytym rzęsą wodną, z którego od czasu do czasu słychać było plusk rozochoconej ryby. Obracała w palcach zasuszony liść, by w końcu skruszyć go z przyjemnym chrupnięciem. Był ostatni weekend wakacji i u jej stóp leżało kilka brązowych i blado-zielonych liści, które miażdżyła w palcach. Drzewo nad nią ciągle jednak było pokryte też zielonymi, świeżymi listkami, które filtrowały światło tak, ze sprawiało wrażenie lekko zabarwionego, pasującego do zielonej scenerii.
Widok zapierał jej dech w piersiach. Był prosty, wiejski, ale na swój sposób niezwykle urokliwy. Stawy, wysepki, drewniane mosty i pałki wodne. Starała się zignorować podejrzenie ogromnych pająków, które kryją się w kątach domku i zacząć się denerwować czymś sensownym.
Było jej już trochę chłodno, zwłaszcza że ostatnie trzy godziny siedziała ciągle w miejscu. Odliczając moment na włożenie skarpetek. Miała na sobie czarną, bardzo obcisłą i bardzo krótką sukienkę, a na ramiona opadały jej płomiennie rude włosy, odcinające się wyraźnie od całej tej scenerii. Była młodziutka, całkiem ładna, jeśli lubisz takie „przy kości”, oczywiście. Zastanawiała się, jak musi wyglądać dla właścicielki ośrodka. Kobieta w średnim wieku, uśmiechająca się miło i rozmawiająca z Nim. Starszy mężczyzna, krępy, łysy, o przenikliwym spojrzeniu brązowych oczu. Z dowodów osobistych nie trudno było wywnioskować, że nie jest jej ojcem, poza tym domek, który wynajęli miał podwójne łóżko, więc jakimś wujkiem też pewnie nie. W ludzkich umysłach bardzo łatwo rodzą się brudne podejrzenia. Co dziewiętnastoletnia dziewczyna w zbyt krótkiej sukience robi przez jedną noc ze starszym mężczyzną w domku z jednym, małżeńskim łóżkiem. Pewnie się kurwi. Pewnie jedna z tych młodych, ale droższych prostytutek.
Ruda wcale się nie odzywała. Kiwała potulnie głową, że domek jej pasuje, zaścieliła łóżko i sączyła powoli wino. W sumie to czuła się jak dziecko, które nie wtrąca się w sprawy dorosłych, bo nie wie o co chodzi. Poza tym nie tylko to sprawiało, że czuła się jak smarkacz. Zawsze z nerwów plotła głupoty. Mówiła kiepskie żarty, opowiadała o problemach z dojrzewającą siostrą i śmiała się z byle czego, chociaż w głowie przeklinała się co chwilę, odnosiła wrażenie, że brzmi jak jakaś głupia gąska, ot, zwykła trzpiotka. On opowiadał jej o literaturze, o historii, a ona próbowała dodać coś od siebie, ale zupełnie jej to nie wychodziło. W szkole zawsze robiła wrażenie bardzo dojrzałej, inteligentnej, oczytanej. Mało tego, nawet się za taką uważała, ale z każdym jego słowem czuła się coraz głupsza. Imponował jej od tak wielu lat, każde jego słowo było dla niej wyjątkowo interesujące. Marzyła o tym, by kiedyś opanować słowa tak jak on je potrafił ujarzmiać. Każde zdanie sprawiało, że albo się uśmiechała, albo czuła się jakoś potwornie smutna, nic pomiędzy, nigdy nie obojętna. Mistrz słów. I ona, po prostu zwyczajna licealistka. Czuła okropne podejrzenie, że on poważnie ma ją za głupiutką panienkę i spędza z nią ten weekend tylko dlatego, że mu się podoba. Duże, okrągłe piersi, blada skóra pokryta piegami, długie i zgrabne nogi. Bała się, że nie oferuje nic poza urodą. I faktem, że była raczej łatwa, nie ma co ukrywać.
Gdy jej kieliszek opróżnił się, podniosła się z niskiego, niebieskiego leżaka i weszła do środka. Drzwi blokowało przed zamknięciem się krzesło, na którym uklękła, podpierając brodę na zwiniętych w pięści dłoniach. Obserwowała jak krzątał się po kuchni. Podgrzewał pomidorowy sos, który nie wyglądał zbyt apetycznie, pilnował makaronu gotującego się na wolnym ogniu i szykował talerze. Romantyczna kolacja, wersja polowa. Gdy była młodsza, bywała na campingach, babcia wtedy robiła zupy warzywne, albo smażyła złowioną przez dziadka rybę, ale nie zrobili jej nigdy spaghetti, na dodatek z parmezanem, który chociaż był już starty, prosto z saszetki, i tak nadawał temu wszystkiemu jakiejś niewytłumaczalnie eleganckiej atmosfery. Włoska kuchnia, dobre, czerwone wino i ledwo działająca, prawdopodobnie PRL-owska kuchenka.
Mówił jej w jakiej temperaturze powinno być wino. Bardzo łatwo upoić młodą dziewczynę słowami. A jeszcze łatwiej upoić ją słowami i winem. Wtedy jest już prawie jak upojona miłością, a upojone miłością dziewczyny rozchylają zachęcająco usta, dekolty i uda. Podwijają zalotnie sukienki, machają rzęsami i rzucają cielesne obietnice dobrej zabawy.
On był więc geniuszem, ona upojoną dziewczyną, jasne jak słońce było, że w końcu któreś się ośmieli, prawdopodobnie będzie to on, skorzystają z uchylonych ust dziewczyny, ale przymkną najpierw drzwi, żeby wścibska właścicielka nie potwierdziła swoich domysłów.
Włoska kuchnia, drogie wino, kilka poetyckich stwierdzeń i masz towarzystwo na noc w kieszeni. Wtuli się w ciebie, szukając w nocy schronienia, ciepła, ale będzie się budzić, gdy zaczniesz chrapać – i zdawać sobie sprawę, czy to na pewno odpowiednie.
Młode dziewczyny bardzo łatwo się upajają, zarówno słowami i winem, a gdy otwierają w nocy oczy, przychodzi do nich na palcach kac moralny, czasami też taki inny, zwyczajny, ale ten moralny najczęściej. Kac moralny śmieje im się prosto w twarz, że znowu dały się nabrać na poezję i namiętność polaną winem. Młode dziewczyny uciekają na drugi koniec łóżka, kulą się zasmucone i obiecują sobie, że już nigdy się ta naiwność nie powtórzy. Ale to nieprawda, bo sama naiwność upaja tak słodko, bo można udawać, że to wszystko jest dopuszczalne, bo się przecież nie wiedziało.

September 26, 2011

Pożegnanie Adama


Gdy żegnamy się na dość długi czas rozłąki – śmieję się. To nie dlatego, że jest mi wesoło z Twojego wyjazdu, nie. Ja po prostu już to przechodziłam. Na tydzień, pół roku, na zawsze. Jestem przyzwyczajona. I chociaż Ty denerwujesz się i pocisz, to na mnie jeden miesiąc nie robi takiego wrażenia. Chyba.
To takie zabawne, że musimy czekać na ten pociąg dwadzieścia minut, a potem i tak prawie nie zdążysz do niego wsiąść. Chcesz już, żebym odeszła, nie możemy się w tej kwestii dogadać, jesteś na mnie zły jak diabli, ale ja przecież tylko chcę zrobić dobrze. Bo wiem, co by się stało, gdybym odeszła wcześniej.
Bolałoby. Świadomość, że oboje ciągle jesteśmy w jednym mieście, ciągle tak blisko siebie, a nie wykorzystujemy tych chwil wspólnie… dwa razy, zanim poznałam Ciebie, zmarnowałam te kilkanaście drogocennych minut i przebaczyłam dobie dopiero, gdy pokochałam Ciebie, zapomniałam o tym, co mnie wówczas trapiło.
I tłumaczę Ci to, a Ty boczysz się na mnie jeszcze bardziej, bo śmiałam wspomnieć Ci o tamtym mężczyźnie, niby to psuję nasze pożegnanie. I jeszcze bardziej chcesz, abym już poszła. A ja znowu na złość, w tym swoim głupim mniemaniu, że „kochanie, ja wiem lepiej co jest dla Ciebie lepsze”. A przynajmniej co lepsze jest dla mnie. Oboje wiemy, jak wielką jestem egoistką. Ale tak to ma podobno wyglądać, no nie? Uczenie się na własnych błędach.
I mówisz mi „odejdź”, a ja tkwię w miejscu, staję na ławce, gdy nadjeżdża pociąg rzucał Ci się na szyję, nie marnuję chwili, całuję Cię. W ostatniej chwili wbiegasz do pociągu, chociaż drzwi już zostały zamknięte. Udaje Ci się. Pożegnanie przez szybę.
Wracam do domu, śmieję się, nucę piosenkę, rozmawiam z mamą przez telefon i nic mi nie jest, trzymam się tak gładko i lekko, jak idzie mi prowadzenie samochodu. Nie płaczę, a przy tamtym mężczyźnie płakałam dwa dni i dwie noce. Ale wówczas nie miałam pojęcia na jak długi czas się rozstajemy. Gdy myślałam, że to będzie długie dwanaście miesięcy, pojawił się po czterech. A gdy byłam przygotowana na pół roku… okazało się, że przy tym pożegnaniu całowałam go po raz ostatni. Jak długie rozstanie będzie tym razem? Nie wiem, ale mam takie durne poczucie „dobrze spełnionego obowiązku”, że niby stałam na peronie dopóki światła pociągu nie zniknęły daleko w ciemnościach. Tym razem nie miałam powodu, by czuć się winną.
Ale to jednak nie to samo, kochanie. Dobrze, że jest weekend, mogę po prostu spędzić te dwa dni i dwie noce w łóżku, tłumacząc sobie, że to wina przeziębienia, że jestem w rzeczywistości twardą babką. Ale nasze dwa kubki z resztką herbaty od dwóch dni stoją na biurku niczym święte relikwie, żywy znak, że tutaj byłeś.
Nie lubię zasypiać bez Ciebie u boku, odczuwam taką drażniącą pustkę. I nie mówię tylko o tej pustce w moim łóżku, ale też o tej w sercu, której nie potrafię zagłuszyć, ujarzmić.
Zmuszam się do wyjścia z psem. Dwadzieścia minut przed blokiem to dla mnie absolutne maksimum. Z Tobą łażenie przez cztery godziny mi nie wystarczały. I tracę radość z robienia przyjemnych rzeczy, bo przecież dawniej każdą z nich robiłam Twoim towarzystwie. Już nie mogę sobie przypomnieć jak było przedtem.
Nie czuję się zbyt dobrze, gdy sam sobie uświadamiasz, że (oczywiście) miałam rację. Dzwonisz do mnie i mażesz się jak dziecko, chociaż masz aż trzydzieści dwa lata. Tęsknisz, przepraszam za zrujnowanie pożegnania, czujesz się jak śmieć, po tym jak za wszelką cenę starałeś się mnie od siebie odepchnąć, chociaż ja cały dzień „byłam dla Ciebie taka dobra”, spakowałam Cię dokładnie, nie zapominając o żadnej drobnostce, zrobiłam najpyszniejsze kanapki jakie w życiu jadłeś na drogę. Śmieję się do słuchawki, mówię, że rozumiem, że nie masz mnie za co przepraszać, że to wszystko to nic, że kocham Cię bardziej niż kogokolwiek na świecie. I pewnie powtarzałabym Ci te same słowa, nawet gdybyś na pożegnanie splunął mi w twarz, uderzył, rzuciłbyś mą o ziemię. Ja nadal będę tak naiwnie wierna i uległa. Za bardzo kocham Cię takiego, jakim jesteś będąc dla mnie dobrym, że przymykam oczy na to, jak bardzo mnie potrafisz zranić, gdy bez powodu masz gorszy dzień. Dziwię się, że kochasz mnie taką słabą i głupiutką. I za to ja Ciebie kocham jeszcze bardziej, i mocniej, straszniej. Pewnego dnia to nas zniszczy, ale my jeszcze o tym nie wiemy. Teraz cieszymy się naszą miłością, nawet jeśli dzielą nas setki kilometrów.
Gdy płaczesz, ja też zaczynam płakać, ale tłumaczę, że to tylko moje przeziębienie nie daje mi się zaśmiać i dlatego tak tragicznie brzmię. Niw wierzysz, ale jakoś wymuszam na Tobie, żebyś skończył mi ryczeć do ucha. To nie dlatego, że potrzebuję silnego ramienia, a nie faceta-beksę, w żadnym wypadku! Po prostu słuchanie Twoich szlochów ranią mnie o wiele bardziej, niż słowa, które wypowiadasz, gdy chcesz, abym zeszła Ci z oczu.
Gdy kończę rozmowę, Azor (nadal nie mogę pojąć jak mogłeś wybrać takie durne i zwyczajne imię dla naszego psa!) tuli się do mnie, a ja ryczę w jego czarną sierść, bo dopiero teraz odczuwam tak wyraźnie brak Twojej obecności tutaj. Ciężko mi. Boję się, że ten nasz miesiąc rozłąki przedłuży się. Znów nie wiem czego powinnam oczekiwać.
Nie wiem w co mam włożyć ręce. Usycham, umieram. Powitanie będzie namiętne, ale ja jeszcze nie mam o tym pojęcia. Na razie ciężko mi się oddycha, myśli, nie mogę nic ze sobą zrobić. Nie umiem bez Ciebie spać, jeśli nie jestem wystarczająco pijana. Jedyne co mi zostaje, to czekanie. I udawanie, że w rzeczywistości nic nie uległo zmianie.