Showing posts with label tęsknota. Show all posts
Showing posts with label tęsknota. Show all posts

August 31, 2016

Miasto bez Ciebie

Miasto bez Ciebie jest senne i puste. Bez kolorów są te wszystkie kamienice otaczające rynek, bez kolorów są parasole w ogródkach knajp. I knajpy są puste, i nie ma po co do nich zachodzić, gdy nie ma Cię w mieście. Jedzenie w restauracjach traci smak, kawa jest niewyrazista, spacery męczące. Idę brukowaną ulicą i nie czuję się już jak w domu. Jestem tu obca, otaczają mnie ludzie zajęci swoimi sprawami i samymi sobą, a ja nie mam spraw i nie mam się kim zająć. 
Chodzę po sklepie jak lunatyk, nie wiedząc na co mam ochotę. Włóczę się po galeriach handlowych pijąc jagodowe szejki, od sklepu do sklepu, chociaż nie mam pieniędzy. Co robić w mieście, gdy nie ma pieniędzy i nie ma Ciebie? Nie chcę widzieć się z nikim innym, mam zresztą wrażenie, że nie ma tu nikogo. Że wokół mnie są tylko turyści, zainteresowani muzeami, sklepami z pamiątkami i ulicznymi artystami. Przy Tobie też byłam turystą. Patrzyłam na miasto innymi oczami, chłonąc barwy i dźwięki. Włócząc się nocą po zatłoczonym rynku, siedząc na ciepłym od wakacyjnego słońca bruku - byłam bardziej tutaj, niż teraz, gdy nie rozpraszają mnie Twoje żarty i słowa.
Tramwaj linii numer dwadzieścia jeździ teraz donikąd. Wsiadłabym, jak co drugi dzień, ale nie miałabym gdzie wysiąść. 
I wino nie uderza do głowy, a zapach mięty nie pobudza.

May 21, 2016

Jeśli autobus linii sto czterdzieści pięć wybuchłby w czwartek

Czy gdybym wybuchła, to tęskniłbyś za mną? Czy żałowałbyś tego, że ostatnim razem nie trzymałeś mnie w ramionach chociaż trzy sekundy dłużej? Czy zaciskałbyś w dłoniach moją kurtkę, łapiąc nosem resztkę mojego zapachu, który za chwile zniknie już na zawsze? Czy pomyślałbyś chociaż przez chwilę, że nie wyobrażasz sobie znów świata, w którym mnie nie ma? Chciałabym zobaczyć twoją twarz gdy zdajesz sobie sprawę, że już nigdy w życiu nie będziemy leżeć razem z głowami pod kołdrą, nadzy i rozgrzani, tuląc się do siebie. Lepiej ci leżeć ze mną niż samemu, ale czy to wystarczający powód by umierać z tęsknoty? Chciałabym czytać w twoich myślach, rozumieć jak podejmujesz decyzje i wiedzieć co czujesz. A może wcale nie. Może nie znalazłabym o sobie ani jednej myśli wystarczająco ciepłej by rozgrzała mnie od środka gdy nie mogę zasnąć z zimna. Może bym odkryła myśli tak przykre, że już nigdy nie mogłabym spojrzeć ci w oczy?

Gdyby autobus linii sto czterdzieści pięć wybuchł w czwartek, a Ty wybuchłbyś z nim to zawinęłabym się w twój sweter, chociaż wcale już nie pachną tobą. Nie jadłabym i nie spała, wypłakiwałabym oczy przez kilka dni, skulona w malutki kłębek, aż w końcu umarłabym ze smutku. 

Czy trzeba kochać by umrzeć z miłości? Czy można tak po prostu z przywiązania? Bo ja nie wiem jak się robi kochanie, nikt mnie nigdy nie uczył - w domu przychodziło samo, a w szkole za szybko - by jeszcze szybciej się skończyć. Nie wiem czy można kochać tak bez czyjegoś zezwolenia, nie wiem kiedy to się zaczyna, a kiedy kończy, więc nie zamierzam się deklarować z głębokimi uczuciami, bo wykraczają poza moje kompetencje. Jestem przywiązana. Nie chcę świata w którym nie słyszę Twojego śmiechu, w którym nie głaskasz mnie po ramieniu i w którym nie znajduję oparcia pod twoją lewą pachą. Tyle razy mówiłam, że to najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Tam wcale nie grożą mi wybuchy, pistolety i wypadki samochodowe. Nawet w autobusie linii sto czterdzieści pięć. Chciałabym wiedzieć czy w twojej świadomości to miejsce należy już do mnie czy może jestem tylko chwilowym gościem i moja obecność nic nie znaczy?

Bardzo się boję, że jeśli wybuchnę to poczujesz ulgę.


May 11, 2016

O smakach i zapachach


https://img1.etsystatic.com/066/1/11340415/il_570xN.799272187_mvxm.jpg


Stałam na rozgrzanym piasku, parząc sobie stopy, a słońce paliło - czułam pieczenie na ramionach, plecach, twarzy. Wyciągnęłam szyję i ręce, chwytając kojące podmuchy wiatru płynące do mnie ze strony morza. Weszłam do wody, a glony oblepiły mi nogi. Szumiało mi w oczach gdy stałam sama na plaży, czekając aż przyjdzie - ale nie przyszedł. Więc ja poszłam do niego. Leżał za wydmą, z zamkniętymi oczami. Stróżki potu spływały mu z czoła, a jednak wyglądał tak świeżo i pięknie. Biała skóra na białym piasku i przecinający tę bladość błękitny koc. 
W popołudniowym słońcu liczyłam piegi na jego ciele. Całowałam ramiona, całowałam łokcie, nadgarstki i wnętrza dłoni, a potem palce. Smakował słono. Wodą, słońcem, wiatrem. Smakował latem, a ja chyba nigdy nie byłam taka szczęśliwa i spokojna jak wtedy.

***
Znów jest wiosna. Gdy wieczorami spaceruję po wrocławskich ulicach, dusi mnie zapach kwitnących kasztanów i bzu. Ciężki, słodki, przytłaczający. Brudne, ponure ulice przypominają teraz drogerie; na wystawach jest głównie zieleń. Najbardziej lubię noce, prawie bezdźwięczne. Tylko ja jestem głośno: pojękuję, stękam, wzywam - czasem "o kurwa", a czasem "o Jezu". Ginę wśród pocałunków i dotyków, ale żaden z nich nie ma aż tylu piegów i żaden nie zabierze mnie nad morze. Ale nie jest mi bardzo szkoda. Zatapiam się w objęciach obcych ramion, w obcych dłoniach, w obcych ustach. Nie pamiętam jak pachną, nie pamiętam jak smakują, w głowie mam tylko zapachy kwitnących za otwartym oknem drzew. Każdy z nich jest inny, każdy całuje inaczej, ale wszyscy są mi obojętni.
Lubię mieć w nocy otwarte okno, lubię oddychać.

January 19, 2016

Etiuda zimowa



Za oknem jest mgliście i sypie śnieg. Jak okropnie zimno, nie chcę tam wychodzić, w życiu nie wyściubię nosa spod tej kołdry, nikt mnie nie zmusi do wyjścia!
Moje ulubione miejsce na świecie jest między jego ramieniem a lewym bokiem. W nosie mam parzące piaskiem plaże, zimne morskie fale i zapierające dech w piersiach górskie widoki. Nie obchodzą mnie pałace ani parki, najlepiej mi jest na tym socjalistycznym blokowisku, bo tutaj mam źródło ciepła jakiego nie znajdę nigdzie indziej. Lubię tak leżeć mu pod pachą i pakować ręce pod jego koszulkę, przeczesywać palcami włoski na klatce piersiowej. Byłoby mi cieplej gdybym się ubrała, ale nago czuję mocniej, jestem bardziej tutaj niż gdziekolwiek i kiedykolwiek indziej.
- Zapalimy? - pyta, głaszcząc pieprzyk na moim ramieniu.
- Za zimno - mruczę i naciągam kołdrę pod brodę. Pościel jest w czerwone maki, moje ulubione kwiatki. Zupełnie niemęska, ale jaki facet by się przejmował niemęską pościelą, jeśli pod nią leży rozebrana dziewczyna, która znów przytula się mocniej, przysuwa bliżej.
- Możemy w łóżku.
Bez patrzenia wyciągam rękę po paczkę mentolowych fajek leżących na głośniku. On nieco bardziej uważnie, ale równie leniwie, przestawia kubek z moją herbatą, a spodek kładzie na moim brzuchu jako popielniczkę. 
Staram się zapamiętać każdy szczegół: karton po pizzy wsunięty pod łóżko, zapach jego żelu pod prysznic, przyjemne ciepło psa leżącego w naszych nogach, spokojne tykanie zegara i zatopioną we mgle wieżę kościoła, którą ledwo co widzę przez okno na tle szaro-białego nieba. Przez dłuższy czas już nie czułam się szczęśliwa, bardzo mi zaczęło brakować tych chwil obok, kiedy nie musimy nic robić i tylko bez słowa obserwujemy rozpływający się fantazyjnymi falami dym, który unosi się nad naszymi głowami. Jak mi dobrze i ciepło; tym razem nie potrzeba mi nawet słów, żeby mnie przekonać, że wszystko jest w porządku. I wiem, że za każdym razem gdy będzie mi go brakować, to będzie jeden z tych obrazów, które będę przywoływać do swojej pamięci i którego będę żałować - ale tylko dlatego, że każda taka chwila sprawia, że zawsze będę tęsknić jeszcze bardziej.
Mam tylko nadzieję, że nie znikniesz tak szybko, wolę odwlekać nieuniknione, nawet jeśli zbiorę jeszcze więcej takich momentów i na końcu będzie mi jeszcze ciężej je wszystkie unieść.

November 28, 2015

Koniec jesieni


Jesień kończy się boleśnie. Zniknęły obsypane złotem drzewa i ulice, zniknęły ciepłe promienie słońca. Omijam zamarznięte kałuże i naciągam czapkę na uszy. Cały czas marznę i brakuje mi słońca.

Po ulicach toczą się kasztany - wszystkie wypadają mi z kieszeni, jeden po drugim. Kasztany, żołędzie, suche liście, zwiędłe źdźbła trawy i ziarenka piasku. Chciałabym je złapać, podnieść, zabrać ze sobą do łóżka, ale to już nie ma sensu. Przyszła zima, kilka śmieci nie przywróci mi ciepła. będą jedynie ciążyć. Oddaję też wszystkie moje łzy, które oszczędzałam przez te kilka miesięcy, jakby w przeświadczeniu, że będą mi potrzebne. Teraz zamieniają się w śnieg i przysypią na długie miesiące wszystko, co we mnie żyje. Czekam już tylko na roztopy.
Muszę tylko jakoś przetrwać, jakoś sobie przypomnieć, że jesień nigdy mi nie służyła, nigdy nie przywiązywałam do niej wagi, tylko jak została mi tak brutalnie odebrana, to dopiero wtedy poczułam jej bolesny brak. A przecież wiedziałam, że się skończy.

Brakuje mi siły. Trochę marznę, a trochę mi już nie zależy. Tylko się już przyzwyczaiłam. Do widoku słońca i dźwięku kruszonych pod stopami liśćmi. I do zapachu, smaku i ciepła, gdy zasypiam pod Twoją pachą.
Czerpałam z każdej pory roku wszystko czego mi było trzeba, wszystko co najlepsze - każda kochała mnie po trochu, każda akceptowała inną, a ja cieszyłam się, że je wszystkie w sobie godzę. Zabrakło mi teraz jednej, tak ważnej jak pozostałe, a czuję się, jakbym nie miała nic.

October 20, 2015

Wyznanie

Tęsknię za Tobą na odległość stołu. Tęsknię, gdy idziemy razem ulicą ale nie trzymamy się za ręce. Tęsknię w trakcie posiłków, gdy śpisz obok mnie i gdy patrzysz przez okno - nie na mnie. Tęsknię, gdy rozmawiasz ze mną przez telefon i tęsknię, gdy odpisujesz komuś na esemesa. A jeszcze bardziej jak mi nie odpisujesz, albo nie odbierasz, bo może coś Cię rozjechało, może Cię pobili, okradli, zamordowali. Wtedy mi głupio, że tęsknię tak samolubnie, powinnam się martwić, a nie tak sobie tęsknić, bo bez Ciebie jest mi zimno i smutno.
Tęsknię najbardziej jak obieram ziemniaki, jak wieszam pranie i jak maluję paznokcie - bo ręce mam zajęte i nie mogę za Tobą tęsknić na fejsie, krótkimi wiadomościami. 
Tęsknię gdy się budzę obok Ciebie, bo zmarnowałam kilka godzin na spanie. I tęsknię jak przeżuwam kotleta, bo nie mogę Cię wtedy całować. Zamiast zasypiać wcześnie i budzić się wypoczęta, to ja tęsknię nocami i budzę się z myślami o Tobie i tęsknię jeszcze bardziej niż zwykle, bo nazbierało mi się tych tęsknot przez całą noc.

Nie tęsknię tylko jak mnie całujesz w czoło i głaszczesz po włosach. 


Albo jak mnie tak cholernie wkurwiasz jak wczoraj.
Wtedy to nie tęsknię już wcale. Spierdalaj.

September 2, 2015

Nostalgia

Rok temu pojechałam odwiedzić dom, w którym mieszkała moja prababcia. Stary, drewniany dom był zupełnie zarośnięty pokrzywami i różnymi chwastami, nie byliśmy nawet w stanie podejść pod drzwi, nie było zresztą po co. Zrobiliśmy odświętne zdjęcia w niedzielnych sukienkach i pojechaliśmy do bardzo starej cioci na herbatę i ciasto. Wujek jest siwy i z wąsem, ma też konia, kurki i psa. Przez chwilę czułam się tam jak w dzieciństwie, jak u prababci. 
Raz użądliła mnie pszczoła w sam czubek nosa, a moją mamę pogryzły czerwone mrówki, gdy rozłożyła koc na mrowisku. Zrywaliśmy czerwone porzeczki a babcia robiła mi z nich pierogi. I chociaż wiem, że były niesamowicie kwaśne i teraz bym ich nie jadła z takim zapałem co kiedyś, to ciągle wydaje mi się, że te pierogi były najwspanialszym jedzeniem.
Za domem był las, mój dziadek chodził na grzyby, a my na jagody. Raz mnie nie obudzili, byłam wtedy jeszcze malutkim blondaskiem, zrobiło mi się bardzo przykro. Babcia włożyła grzyby pod wiśniowym drzewem, żebym i ja mogła być grzybiarzem. Nie lubiłam jeść grzybów, ale nawet wtedy mi się podobały - soczyście brązowe, wielkie, pachnące.
Do prababci jeździliśmy całą rodziną. Ja, mama, tata, siostra, potem też brat, dziadkowie i Laki, nasz szczeniak dalmatyńczyk. Gdy już urósł, wykarmiony przez babcię na wsi, mój wujek chciał go wziąć na smyczy na spacer. Była zima i skończyło się tym, że pies ciągnął go po lodzie i brudnym śniegu z taką siłą, że mój wujek większość tej trasy pokonał na brzuchu. Tak przynajmniej mi mówili. 

Dwieście metrów od domu babci była stacja kolejowa. Ciągle pamiętam senne stukanie zwalniających pociągów późnymi wieczorami, gdy zasypiałam pod grubą pierzyną, a z kuchni słyszałam jak prababcia słucha w radiu Apelu jasnogórskiego. Nie chodzę do kościoła i nie jestem religijna, ale ta pieśń niesamowicie mnie wzrusza. Pamiętam bardzo dokładnie głos babci, która wyśpiewywała, że czuwa, że jest i że pamięta. Czasem, gdy jeszcze nie spałam, śpiewałam z nią i był to stały wieczorny rytuał, zamiast wieczorynki. 

Gdy niedawno dopiero pokazywałam mamie zdjęcia z zeszłorocznego wyjazdu, widziałam łzy gdzieś w kącikach jej oczu. "Te tory mogłyby być wszędzie, ale ja je zawsze rozpoznam" - powiedziała. Chociaż ja miło wspominam krótkie okresy na wsi, to jednak najbardziej jest to miejsce mojej mamy. Ona spędzała tam w dzieciństwie każde wakacje i święta, a potem zabierała tam raz do roku mnie i moją siostrę. 

Siedzę od ponad godziny na dworcu PKP w Kłodzku, a zaraz jadę dalej. W drodze słońce świeciło mi w twarz, wiatr wywiewał zasłonki przez okna wagonów. Czytałam książkę i co chwila spoglądałam na malujące się w oddali wzgórza. I czułam się tak cudownie rześko i wakacyjnie. 
Dworzec w Kłodzku otoczony jest wzgórzami pokrytymi suchą, żółtą trawą i zielonymi drzewami, chociaż niektóre z nich również już dają znać o nadchodzącej jesieni. I to uspokajające turkotanie starych pociągów. Czuje się wspaniale.


 _______________
Pierwsze zdjęcie to dom mojej prababci. Drugie zrobiłam w drodze do Kłodzka.

August 9, 2015

Lista zachcianek.


Od kilku dni czuję się źle. Tak, jakby ktoś mnie zmiął w pięści, schował do kieszeni i nosił tam tygodniami, zupełnie zapomnianą. Wrzucił kilka razy do prania. Aż będę wyprana z energii, wymięta jeszcze bardziej. Wyblakła jak stary paragon za obiad, deser i inne usługi, mające na celu sprawienie klientowi przyjemności. Czuję się zapomniana i czuję się źle. 
A chciałabym się czuć ważna. Albo chociaż pamiętana. Tymczasem mam internetowe serduszko, gdy natrafił na moje zdjęcie podczas bezmyślnego skrolowania internetów - i to jedyne serduszko na jakie mogę mieć nadzieję. I mam wrażenie, że ten stan będzie się utrzymywał do końca mojego życia. Nie, nie stan beznadziejności. Stan bycia niepotrzebną.
Chciałabym, żeby zadzwonił. Żeby zapytał co u mnie, jak gdyby nigdy nic. Żeby odpisał od razu. Albo żeby odpisał w ogóle. Chciałabym, żeby się martwił. Chociaż wcale nie chcę, żeby wiedział. Nie lubię pakować się ludziom pod nogi z moim smutkiem, zupełnie nieproszona. Albo proszona, co za różnica. Kiwają głową, żebym mówiła, co leży mi na sercu, ale ja też tak czasem kiwam - gdy rozglądam się niepozornie za drogą ucieczki.
Nie będę wcierać nikomu swojego nieszczęścia w twarz, nawet jeśli miałabym za to płacić i nie czuć się tak, jakbym kogoś wykorzystywała. Nazywają to terapią i podobno ma pomagać. I chociaż gdy robiłam to wcześniej, czasem pomagało, ale zawsze czułam się z tym głupio, jakbym przychodziła na urodziny, na które ktoś zaprosił mnie tylko z grzeczności, ale nikt nie chce mnie tam oglądać. 
I mam bloga. Na którym miałam się twórczo doskonalić, a którego znów brukam swoim marudzeniem, jęczeniem i łzami, tylko dlatego, że palce bolą mnie od ręcznego pisania w pamiętniku. A jest we mnie za dużo smutku, cztery strony zapisane ciasno niebieskim długopisem to za mało by to wszystko wyrazić.

Chciałabym, żeby zadzwonił.
Nie chcę, żeby dzwonił. Nie chcę go oglądać. Nie chcę o nim pamiętać. Chcę zapomnieć tak łatwo - jak ja zostałam zapomniana, pominięta, odstawiona w kąt. 

Chciałabym, żeby wiedział.
Beze mnie, bez mojego jęczenia i płaczu. Po prostu wiedział.

Nie wiem czego chcę. 
Po prostu będę miała okres, to wszystko. Na pewno to wina hormonów. Na pewno, nie można być aż tak smutnym tylko dlatego, że serce ma się w kawałkach.  Przecież to tylko serce.

Chcę być niezapomniana. Chcę żeby był blisko. Chcę cofnąć czas, żeby jeszcze raz móc zobaczyć jak się uśmiecha. Poczuć zapach jego potu, gdy leży tuż obok mnie na balkonie i palimy papierosy. I jest upał, a my jesteśmy nadzy i zmęczeni, pijemy białe wino z kostkami lodu i jeszcze nie mam pojęcia, że będę zapomniana. I jeszcze mogę się wycofać.

I jeszcze chciałabym, żebyś tego nigdy nie przeczytał. Bo to nie jest nawet ważne. Staram się uporać z tym wszystkim. Przepraszam, na wypadek, jakbyś poczuł się winny. Nie chodziło mi o to, żeby robić z siebie ofiarę.

June 13, 2015

Spontaniczność.


                Gdy miałam osiemnaście lat – zrobiłam coś bardzo głupiego. W zasadzie zrobiłam bardzo wiele głupich rzeczy, zwłaszcza jako osiemnastolatka, ale ta była jedną z najgłupszych i najbardziej nieodpowiedzialnych. I przy okazji najbardziej romantycznych.
                Poznałam na okcupid Wojtka. Wydawał się być naprawdę fajny – słuchał dobrej muzyki, robił fantastyczne zdjęcia (studiował na filmówce!) – i mieszkał nad morzem. Pisało nam się tak dobrze, że nawet nie czułam się źle z faktem, że wysłał mi zdjęcie swojego penisa i dopisał, że myśli o mnie. Myślałam wtedy, że to nawet urocze. I byłam z siebie dumna, że myśl o mnie postawiła kogoś na baczność, chociaż teraz wiem, że mógł pomyśleć o kimkolwiek i efekt byłby ten sam.
                Po kilku dniach czatowania – zaprosił mnie do siebie. Byłam nieco przeziębiona i nie chciało mi się zrobić sobie herbaty – więc napisałam, żeby on mi zrobił. „To najpierw przyjedź”. Okazało się, że mówił poważnie. I chociaż „znałam” go tylko kilka dni, uznałam, że to fantastyczny pomysł. Siedziałam sama w mieszkaniu, więc musiałam najpierw zadzwonić do mamy, powiedzieć, że koleżanka mnie zaprosiła do brata nad morze, ustalić z koleżanką, że tak właśnie było – a potem spakowałam torbę – co w tym wszystkim było najgorsze, bo nienawidzę się pakować i zawsze odkładam to na ostatnią chwilę. Byłam jednak tak podekscytowana, że spakowałam się aż dzień przed wyjazdem.
                A potem pojechałam. Na drugi koniec Polski. Zupełnie sama. Okłamując moją mamę. Do obcego faceta, starszego o całe pięć lat. Który wysłał mi zdjęcie swojego penisa w stanie erekcji. Nie mówcie nic mamie. A już babci tym bardziej.
                Gdy miałam przed sobą jeszcze godzinę podróży – zaczęłam się dopiero denerwować. Już pomijając fakt, że może być brzydkim gwałcicielem albo mordercą – może być po prostu żartownisiem, który nie pojawi się tam wcale. A ja jestem kilka stówek w plecy, bo postanowiłam przejechać się do Gdyni tak sobie. Na dworcu pewnie ktoś mnie jeszcze okradnie i już w ogóle nie będę mogła nigdy wrócić do domu. W dodatku w życiu nie byłam w Gdyni. Raz byłam w Gdańsku, ale byli nauczyciele i koleżanki. I nie była to pierwsza w nocy.
                Pamiętam, że czytałam w Wysokich Obcasach artykuł o Banksym, a drugi był o tym, że jesteśmy piękne, niezależnie od swojego ciała, co było pokrzepiające, bo akurat na brzuchu wyszły mi paskudne, czerwone rozstępy, a ja miałam ze sobą tylko dwuczęściowy kostium kąpielowy. Poznałam też w podróży chłopaka, który był trochę nudny i jakiś taki harcerski, bo jechał sam pod namiot gdzieś nad jezioro. Przez rozmowę z nim przestałam odpisywać na sms-y Wojtka i jak w końcu mu wyjaśniłam czemu milczałam, napisał mi, że martwił się, że mu ktoś uprowadził jego diabła. Pomyślałam, że to najbardziej urocze słowa jakie kiedykolwiek usłyszałam. To on jako pierwszy nazwał mnie też małą cholerą – i sentyment pozostał do tej pory.Wolę być diabłem, cholerą i epidemią dżumy niż misiaczkiem, kotkiem i żabką. Chyba.
                Na dodatek zaczęłam się denerwować, że malutkie dworce są takie nieoświetlone i nie widzę na tabliczkach gdzie jestem. A co jeśli już przejechałam stację, na której miałam wysiąść? I mój telefon był już prawie całkiem wyczerpany – koniec, nie odnajdziemy się i to on pomyśli, że to ja go wystawiłam. Już po mnie.
                Najgorszy stres przyszedł, gdy napisał, żebym wysiadła w Sopocie, będzie mu bliżej podjechać. Oboże. A co jak przejechałam już Sopot? Nie wiem w jakiej kolejności są stacje kolejowe w Trójmieście. W Sopocie też pewnie go nie będzie. Leży sobie pewnie w łóżku, pisze do mnie sms-y i śmieje się z głupiej dziewczyny, która tak się dała nabrać po kilku dniach znajomości.
                Koniec końców, podróż skończyła się dobrze. Nie zdążyłam dobrze wysiąść z pociągu, a już ktoś mnie obejmował, nosił i całował. Nie mogłam nawet stwierdzić czy warto, bo z tak bliskiej odległości nie umiałam powiedzieć, czy faktycznie jest tak przystojny jak na zdjęciach.
                Był. Był najpiękniejszym chłopcem z jakim do tamtej pory byłam. Miał ciemne włosy, niesamowicie długie rzęsy, a powieki, uszy, ramiona i dłonie były skromnie obsypane ciemnymi piegami. Chciałam wycałować każdy ten pieg z osobna i pewnie byłam na dobrej drodze.
                Spędziłam u niego w mieszkaniu trzy noce. Pierwszej włączył jakiś ambitny film, nawet nie wiem o czym był, bo od razu zaczęliśmy się kochać. Potem zabrał mnie pod prysznic i wcale się nie wstydziłam, że jestem gruba. Byłam po prostu zmęczona podróżą i brakiem snu, ale wolę sobie wmawiać, że jego obecność sprawiała, że nie miałam kompleksów.
                Zabierał mnie na wycieczki nad morze – na jakieś opustoszałe (w porównaniu do sopockiego) molo, albo na dziką plażę. Zabrał mnie do Malborka – na co cieszyłam się jak dziecko. Chodziliśmy po starym mieście w Sopocie i Gdańsku, jedliśmy lody, piliśmy mrożoną kawę, a na obiady chodziliśmy do restauracji i nigdy nie pozwalał, żebym płaciła. Chciał się mną opiekować – i robił to. Chodził obejmując mnie, trzymał za rękę i tulił do snu. A gdy wpadałam w zły humor, pocieszał mnie. Upiekłam mu nawet ciasto, chociaż to akurat nie powinno nikogo dziwić.
                Jednej nocy oboje byliśmy w złych humorach, a ja zdałam sobie sprawę, że zostawiłam telefon w pokoju z balkonem. Wstałam więc z łóżka, żeby po niego pójść, ale gdy zapytał gdzie idę, to odparłam beznadziejnym żartem – idę skoczyć z balkonu.
                Momentalnie wyskoczył z łóżka, złapał mnie za rękę i zaciągnął z powrotem do sypialni. Powiedziałam, że to tylko taki żart – i jeszcze bardziej się zdenerwował. "To wcale nie jest śmieszne." Jak był taki wkurzony to faktycznie, śmiesznie nie było. Ale z drugiej strony, mimo jeszcze gorszego nastroju, to momentalnie się w nim zakochałam. Przejmował się mną. Martwił się o mnie. Wystraszył się. I nie śmieszyły go samobójcze żarciki. Jak mogłabym się nie zakochać?
                W dzień mojego wyjazdu dużo mnie przytulał. Mówił, że jestem piękna i powinnam mieć o sobie lepsze zdanie. Chciał kupić mi bilet do domu w sypialnianym wagonie, ale się nie zgodziłam. Potem żałowałam, bo było mi okropnie niewygodnie. Cudownie całował na pożegnanie i wydawało mi się, że te pocałunki zwiastują kolejne spotkanie.
                Gdy wróciłam do domu – czasem ze sobą pisaliśmy, a potem prawie wcale, a potem ja pisałam, ale nie dostawałam odpowiedzi. Usilnie próbowałam się z nim skontaktować, bo wydaje mi się, że zostawiłam u niego jedną z ulubionych sukienek – ale już nigdy mi nie odpisał.
                Mimo trochę niefortunnego zakończenia znajomości, często go wspominam. I cały ten wyjazd. Spontaniczność. I naiwność. I jak dobrze wszystko się potoczyło. Mogłam umrzeć. Zakładałam, że umrę. Tymczasem przeżyłam kilka najcudowniejszych dni życia.
                I smutno mi, bo wiem, że takie historie zdarzają się tylko raz w życiu. Wykorzystałam swoją szansę na spontaniczną romantyczność. Prawdopodobnie nie znaczy to, że już nikt nigdy się mną tak nie zaopiekuje, ale tak się czuję. Jakbym przeżyła wszystko co wspaniałe tamtego lata – i każde kolejne będzie tylko gorsze, bledsze, mniej wyraźne. Minęły tylko dwa lata, a ja czuję się… staro. Bo wiem, że już nigdy nie będę tak bardzo spontaniczna, naiwna i odważna. I nawet jeśli sytuacja by się powtórzyła, to pewnie zareagowałabym inaczej. Nie odważyłabym się ruszyć w podróż.

                W moim rodzinnym domu, w moim pokoju, nad moim biurkiem ciągle wisi pocztówka plaży w Gdynii.
   

May 2, 2015

Kobieta czekająca

Zaczęłam myśleć o powrocie do domu. Spakowaniu ubrań, książek i tabletek. Zawinięciu się w plecak i dwie torby, oddaniu kluczy do mieszkania, zniknięciu. Wróceniu do swojego dziecięcego pokoju, piętrowego łóżka, maminkowych obiadów. Jest kilka argumentów przeciw... ale jeszcze więcej jest argumentów za. I są bardzo przekonujące. Już chcę dzwonić i rzucać pracę, ale powstrzymuje mnie jedno.
Nie widziałam go od ponad dwóch miesięcy. On nie ma na to czasu, a jak ma czas, to nie ma na to nastroju. A jednak myśl o nim mnie powstrzymuje. Jeśli wyjadę, to nie zobaczę go kolejne dwa miesiące, może dłużej. Jeśli zostanę też go mogę nie zobaczyć, ale zostaje mi nadzieja. Łudzenie się, że napisze, że zadzwoni - a ja wtedy będę gotowa. Powiem, kochanie, tylko ogolę nogi - i ogolę, a potem będę w drodze do jego mieszkania w letniej sukience i z pomalowanymi rzęsami i ustami, jakbym czekała na jego przywołanie cały czas. Może nawet tak jest, sama nie wiem.
Jeśli wyjadę, to na pewno nie zasnę wtulona w jego pachę. Nie podejdzie do mnie od tyłu, gdy splatam warkocze, by całować mnie po szyi, wsuwać dłonie pod pomiętą po wieczornej namiętności bluzkę. Jeśli wyjadę, to nie obudzę się z jego twarzą obok swojej, nie będę też mogła przeczesywać leniwie palcami jego jasnych włosów. 
Pewnie nie zadzwoni, pewnie nie napisze. Ale zostaje mi nadzieja. Siedzę gotowa, mam szminkę i sukienkę, a najładniejszą bieliznę zawsze zostawiam na czarną godzinę. Jeśli zadzwoni albo napisze, to będzie czysta, gotowa do założenia. Będę potrzebować godziny, może dwóch - i będę mogła być u niego. 
Ale jeśli wyjadę, a on napisze albo zadzwoni - to powiem tylko, że nic z tego, że mnie nie ma, wrócę za kilka miesięcy. On nie będzie czekał kilku miesięcy. Nie jest mną. Zadzwoni albo napisze do innej. A miesiące czekania może zamienią się w wieczność. A tak... tak mogę się łudzić.
Jak na kogoś tak cynicznego - za dużo we mnie romantyzmu, tęsknoty i naiwności. Za dużo we mnie tego oczekiwania na posterunku z nadzieją, że coś się może jednak wydarzyć

Nie widziałam go od ponad dwóch miesięcy. Nie wiem czy jeszcze go zobaczę. Chciałabym.
Ciągle czekam.

March 6, 2015

Mężczyzna, który pachniał

Smutno mi było, gdy wyjeżdżał. Zabrałam mu sweter i nie chciałam oddać. Nie walczył. Pozwolił mi otulić się w tym zapachu. Przez kolejne dwa dni po jego wyjeździe spałam w jego pościeli, chodziłam w jego swetrze. Umówiliśmy się, że spotkamy się na wiosnę, a ja oddam mu wtedy to, co jego. Nigdy więcej się już nie zobaczyliśmy, bo powoli zaczęłam zauważać to, jak wykorzystywał mnie dla swoich pragnień. Zauważyłam jak nasze rozmowy przestawały się kleić, jak zaczęliśmy się sobą nudzić. I zrezygnowałam z tego. Porzuciłam wspomnienia, porzuciłam jego zapach. Tylko ten sweter ciągle wisi mi w szafie niczym wyrzut sumienia.

December 7, 2014

Glory box

To pechowy wieczór. Przez chwilę poczułam się wybrana. Poczułam się tą jedyną. Nie w takim sensie, że na zawsze, że pierścionek, potem obrączka, niewolnictwo i "nie opuszczę cię aż do śmierci" - mam nadzieję, miła, że szybko zdechniesz. Nie. Jedyna tego wieczoru. Żadna inna kobieta, żaden inny znajomy, żadne obowiązki, wszystko nie ważne, wszystko porzucił, by zabrać mnie do siebie. Obowiązków było dużo, chętnych było dużo, ale to obietnica moich pieszczot była najbardziej przekonująca. I bałam się. Bałam, że będą ciekawsze rzeczy. A jeśli nie ciekawsze, to ważniejsze. Bo ja jestem małym nikim, nie jestem przesadnie mądra, nie jestem olśniewająco ładna, wszystko może być ciekawsze i ważniejsze ode mnie. Ale to ja mam usta pełne pocałunków, ramiona pełne przytuleń i piersi wypełnione westchnieniami. Wpadł więc w moją pułapkę, a ja byłam mu wdzięczna. Uciekł innym, dokładnie tak powiedział, że uciekł. Uciekł dla mnie i poczułam się wyjątkowa.
Napiliśmy się wina, smaczne było, ale nie znam się przecież za bardzo. Uderzyło do głowy, może, a może wcale nie, może to bliskość tak działa. Zapytał czy nie mam ochoty się poprzytulać. Oczywiście, że mam, po to tu przyszłam. Nie chciałam przytulać się pod kołdrą, teraz chyba tego żałuję, może i było gorąco, ale co z tego, przecież nie od dzisiaj wiadomo, że kołdra chroni mnie przed złem całego tego świata; głupia byłam bardzo, że nie chciałam. Gdybyśmy tulili się pod kołdrą, to nic by nam nie mogło przerwać. 
Dopadł do moich ust, zmazał czerwoną szminkę, potem własnymi wargami przeniósł ją na moją skórę - na szyję, ramiona, piersi i brzuch, a może tylko na szyję, nie było przecież tej szminki aż tak dużo. Czułam pod palcami jak jego ciało pragnie mojego, wędrowałam po nim językiem, obsypując ciepłą skórę najczulszymi pocałunkami. Sprawiałam mu przyjemność, czciłam jego ciało, czciłam go jako mężczyznę, ale tak zachłannie, jakbym czciła samego Boga, modląc się do niego na klęczkach. Zachłannie całowałam, chcąc usłyszeć więcej i więcej jęków, hymnów pochwalnych dla mojego języka. A potem się kochaliśmy, nie długo, ale namiętnie, łącząc ze sobą nasze ciała ustami, dłońmi, genitaliami. Wymienialiśmy się płynami, oddechami, dotykami i spojrzeniami. Czasami przymykał oczy, gdy było mu szczególnie przyjemnie, ale poza tym, niewiele się zmieniło, dalej był mężczyzną, który patrzył.
Tulił się potem do mojej piersi, oboje łapaliśmy oddechy, pomyślałam, że może zapytam - czy chce, żebym została na noc, czy może mam sobie iść? Ale nie, nie chciałam pytać o takie rzeczy, jeszcze powiedziałby mi to, czego nie chciałam usłyszeć, więc poprosiłam o prezent mikołajkowy. "Całuj mnie po plecach" - powiedziałam, a on całował. Nieprzewidywalnie, raz na górze, raz na dole, potem z boku, czasem po środku. Muskał wargami i palcami, a ja drżałam. Chciałam jeszcze, chciałam znowu, już zaraz odwrócę się do niego twarzą, znowu go pochłonę, jeszcze tylko jeden, dwa pocałunki. Jak ja lubię, kiedy ktoś kocha mi plecy!
I wtedy zadzwonił telefon. Nie przerwał brutalnie ciszy, bo nie było ciszy - w tle mruczała muzyka, a ja mruczałam na głównym planie, z przyjemności. Telefon przerwał brutalnie spokój, czułość, przeszkodził w pieszczotach, których tak łaknęłam, niedopieszczona.
Leżałam na łóżku, słyszałam nerwową rozmowę - więc i mnie nerwy ścisnęły w żołądku. Jeszcze nic nie zostało powiedziane, ale już wiedziałam, że to koniec, że będę musiała sobie pójść. Ale nie ruszałam się z miejsca, tkwiłam tam tak, jak mnie zostawił, mając nadzieję, że intuicja to tylko jakiś wymysł, że to jednak pomyłka. Ale to nie była pomyłka.
Za piętnaście minut przyjdą goście, wprosili się, jest mu naprawdę głupio, tak mówi, ale ja uśmiecham się nieszczerze, nawet się nie staram, żeby to wyglądało wiarygodnie, tylko mówię, że - no trudno, zdarza się. Mówi, że widzi, że jest mi przykro. Robię kwaśną minę, taki uśmiech na niby, chwilę się waham, krzywię się jeszcze trochę, dla dodania dramatyzmu i w końcu mówię, że nie jest mi przykro, że rozumiem. Wkładam na siebie ekspresowo majtki i dodaję jeszcze "przecież to dla mnie nie pierwszy, ani nie ostatni raz". Bo to nie jest nowość - dałam mu orgazm, a teraz powinnam już sobie pójść. Bo czuję się wykorzystana, niechciana, chcę żeby to wiedział, ale nie chcę mu tego powiedzieć, więc używam babskich zagrywek, domyśl się, wzrok pełen wyrzutu i słabo ukrywany zawód, smutek, złość.
Na playliście włączyła się teraz piosenka Portishead, Glory Box. Daj mi powód, by cię kochać.
- Wiesz, ta piosenka leciała w twoim aucie, jak rok temu odwoziłeś mnie na autobus - wspominam, a on kiwa głową, faktycznie, ma przecież w aucie płytę. Gratuluje mi dobrej pamięci. Nie chcę mieć takiej pamięci, bo przez moją pamięć to piosenka pożegnań z nim, a nie po prostu - piosenka.
Odprowadza mnie na zewnątrz, całuje na pożegnanie, chciałabym odejść szybkim krokiem, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem, ale nie potrafię. Nie wiem kiedy znowu się zobaczymy - za kilka miesięcy, za rok, kilka lat, nigdy? Obiecuje mi, że gdy przyjedzie następnym razem, to zabierze mnie na kolację. Nie chcę się łapać tej obietnicy, nie chcę jej słyszeć. Ale kurczowo się jej trzymam.
Pada deszcz.

Leżę w łóżku i jestem smutna. Jestem naga, boję się, że jeśli się ubiorę, to strzepię z siebie jego zapach. Jeszcze chwilę temu moje usta i język pamiętały jego gęsty, męski smak, teraz czuję już tylko posmak dymu papierosowego. Ale moja skóra ciągle pachnie nim, nami. Nie. Ja pachnę jego jaśminowym żelem pod prysznic i mieszanką naszych potów. Głównie mojego potu. Ale w mojej głowie - to jego zapach. On pachnie tak samo, a ja chcę znowu zatopić się w nim nos. Nos, usta, dłonie, całą siebie. Wącham swoje pachy, piersi, zgięcia pod łokciami, zbieram go też spomiędzy ud, jeszcze tylko w tych kilku zakamarkach utrzymał się jego zapach.
Znalazłam w internecie ten żel pod prysznic i zamówiłam sobie. Łudzę się, że przynajmniej w ten sposób będę miała go dla siebie. Z głośników płynie muzyka. Daj mi powód, by być kobietą.