July 10, 2020

Kolejny raz o pierwszym pocałunku

Pierwszy raz zakochałam się jak miałam jakieś dwanaście lat. Niewinnie i niespodziewanie, nawet sama przed sobą nie mogłam tego przyznać, bo przecież jak można się zakochać w kimś obcym, a przecież wiemy, że tak naprawdę nie wiemy - kto jest po drugiej stronie. Pierwszy raz w życiu odkryłam bratnią duszę, kogoś kto rozumiał moje pomysły i problemy, bez oceniania, bo nie było co oceniać - na tamten moment byliśmy do siebie bardzo podobni. Gdy jeszcze dojrzewanie nie zrobiło z nas innych ludzi, mogliśmy pisać o wszystkim bez zgrzytów, a gdy one nadeszły, dawaliśmy sobie ze sobą spokój na kolejne miesiące, a czasem i lata, ostatecznie zawsze wracając do kolejnych maili. Nasze skrzynki odbiorcze poznały każdy burzliwy etap dojrzewania - przez nieśmiałość i pogardę dla wszystkiego co takie popularne i oczywiste (przecież trzeba było tłumaczyć sobie towarzyskie niepowodzenia swoją wyjątkowością), po pierwsze związki, matury i dorosłość. Osiem lat się od siebie odbijaliśmy, nie zakładając spotkania, jedynie o nim  śniąc i marząc na jawie, bo przecież nie ma opcji, żeby rodzice nam pozwolili. Aż w końcu dorośliśmy, zaczęliśmy  żyć po swojemu i podejmować własne, dorosłe decyzje - na śniadanie jeść lody z ciastkami, a na kolację spotykać się z nieznajomymi z internetu. 
Rano zadzwonił do mnie telefon, numer nieznany, ale głos ewidentnie znajomy i mówił tak, że musiał mnie znać i wiedzieć kim jestem, więc zaspana powiedziałam, że jasne, będę dzisiaj w domu, tylko najpierw mam dentystę, pewnie, wpadaj - bo przecież jak mnie zna, to wie gdzie ma wpadać, nikt obcy nie miał ani mojego numeru telefonu, ani danych o miejscu zamieszkania. Poszłam dalej spać i dopiero po kilku godzinach przyszła świadomość na co się zgodziłam i czyj głos usłyszałąm w słuchawce.
Ziściło się ostrzeżenie, którego bałam się jako dziecko, a spełniło się jak urodzinowe życzenie, gdy po południu dostałam sms-a ze zdjęciem charakterystycznego budynku, obok którego mieszkałam.
Prosiłam, żeby nie całował mnie od razu. Nie chciałam by pocałunek, na który czekałam tyle czasu był okraszony zapachem i posmakiem borowania, które miałam za sobą.

* * *

Poszliśmy do mnie z lekkim skrępowaniem, wiedząc do czego to prowadzi, ale z pytaniem  -  jak? Co dalej, rzucimy się na siebie jak filmowi, nienasyceni kochankowie, czy z nieśmiałością będziemy krążyć wokół tematu? Nie bawiliśmy się jednak w przepychanki słowne, przez osiem lat nagromadziliśmy wystarczającą ilość słów i wymieniliśmy się wystarczającą ilością spostrzeżeń, by w tym momencie została nam już tylko cielesność.
Położyłam się na łóżku i pociągnęłam go za rękę, a on położył się obok. Ściśnięci na pojedynczym tapczanie w końcu byliśmy bliżej siebie niż w każdej nastoletniej fantazji o spotkaniu. Prawie dziesięć lat zajęło nam dotarcie do tego miejsca i chociaż było to zupełnie niespodziewane, oboje wiedzieliśmy co teraz nastąpi.
Ten moment, tuż przed pocałunkiem, kiedy powietrze staje się gęstsze, zmysły się wyostrzają - ignorując wszystko to, co dookoła. Nie było już ciasnego, zagraconego pokoju, nie było szumu ruchliwej ulicy za oknem. Tylko ta chwila otumaniającego paraliżu, rejestrującego każdy milimetr zmniejszającej się odległości pomiędzy nami. Ciepło przyciągającej mnie do siebie, dużej męskiej dłoni na mojej talii. Głód w podbrzuszu, ścisk w klatce piersiowej, ten momentalny brak tchu, gdy nasze usta dzieliły już sekundy, a nie lata, chociaż każdy najkrótszy moment zdawał się boleśnie przeciągać. Obydwoje byliśmy wygłodniali siebie, a jednak się ociągaliśmy, jakby zetknięcie naszych warg miało zburzyć jakiś wyidealizowany obraz, który budowaliśmy w swoich głowach przez tyle lat, jakby coś miało się skończyć - pielęgnowane tyle czasu marzenie o tej chwili. Ale strach nie mógł być silniejszy od pragnienia.
- Czekałem wystarczająco długo - wyszeptał i w końcu mnie pocałował. Jego usta były miękkie i ciepłe, a pocałunki powolne i nienatrętne, dokładnie takie jakie uwielbiam i na jakie czekałam. Jego ręce nieśpiesznie podróżowały po moim ciele - po krągłościach piersi, bioder, pośladków i ud. Palce niestrudzenie maszerowały po fałdach materiału, przekopując go w poszukiwaniu wolnego kawałka nagiej skóry, aż w końcu dotarły pod spódnicę i zniknęły pod jej połami, gdzie poczułam ich poczynania, gdy sunęły w górę moich nóg. Dotykał mnie z czułością i bez pośpiechu, bo po co płoszyć czas, z którym potrafiliśmy się mierzyć całe nasze nastoletnie życie, minuta mniej czy więcej nic by już nie zmieniła.
Wyswobodziliśmy się z ubrań i błądziliśmy po swoich ciałach, porównując oczekiwania do rzeczywistości kształtów i faktur, pokonywaliśmy granice swojej wyobraźni, która nie sięgała głębiej niż za nieśmiałą krawędź nastoletniego dekoltu. Badaliśmy swoje piegi, pieprzyki, włoski i rozstępy, jakby każde nowe odkrycie było czymś wyjątkowym i niespotykanym, chociaż nasze ciała dawno już przestały być niewinne i niepoznane. Gdy dzieliliśmy wspólne fantazje o nieśmiałych pierwszych pocałunkach, nie zakładaliśmy, że będą tak odważne i dzikie, że języki nie dotkną tylko siebie nawzajem, ale i będą sunąć po słonej od potu skórze, po wypukłościach piersi i po zagłębieniach pomiędzy udami. 
Już bez zawahania, bez budowania napięcia oczekiwaniem, pchnęłam biodra w jego stronę i jednym ruchem w końcu zminimalizowałam odległość między nami do zera. Z obiektu mojej pierwszej, nieśmiałej i niewinnej miłości, w końcu uczyniłam kochanka. Dojrzałego i pewnego każdego swojego ruchu, nie nastoletniego chłopca, do którego wzdychałam przed laty. Mężczyznę, który kilkoma pocałunkami i chwilowym dotykiem uczynił sobie me ciało poddanym i pełnym uwielbienia.

* * *

Przysypiałam w jego ramionach po nocy uniesień, chcąc znów zatrzymać czas, odsunąć moment jego odejścia. Ale tak jak nasze ciała nie były już w stanie walczyć o kolejne orgazmy, tak i noc skracała się drastycznie, przypominając nam o tym, że niedługo znowu będzie trzeba wrócić do codzienności, w której nie mamy siebie obok. Przygoda kończyła się razem z jaśniejącą na widnokręgu łuną porannego światła. Patrzyłam półprzytomnie jak ubiera się i wychodzi. Próbowałam zamknąć oczy, nie podnosić się z łóżka, ale pragnienie by zobaczyć go jeszcze przez chwilę wygrało z moją dumą. Zerwałam się do okna i patrzyłam na jego plecy, jak postawna sylwetka z kaskiem pod pachą kierowała się w stronę motocyklu. Nie odwrócił się ani na moment i zostawił za sobą osiem lat rosnącego napięcia, które tej ciepłej lipcowej nocy w końcu znalazło ujście. I tak starannie pielęgnowane marzenie rozpłynęło się jak mgła, która do tej pory otulała mnie, przynosząc jakąś ucieczkę od codzienności, bo czym innym była tak długo pielęgnowana w sercu pierwsza miłość, jeszcze nawet nie do końca nastoletnia, bo ile mieliśmy wtedy lat? Dwanaście? Trzynaście? Dzieciaki.
Rozmyły się wszystkie inne wspomnienia i skojarzenia, które latami budowaliśmy sobie na odległość. Zapach suszonych kwiatów i starych książek na poddaszu domu mojej babci, gdzie latem pisałam mu swoje pierwsze listy miłosne, już przestał być symbolem nieosiągalnego, skończyło się też wracanie do snu, jakby był realnym wspomnieniem - o lesie, wspólnym spacerze i trzymaniu się za ręce, a w końcu o tym wyimaginowanym pierwszym pocałunku, który w końcu się wydarzył naprawdę i był znacznie słodszy niż mogłabym pomyśleć, ale ostatecznie pozostawił po sobie gorycz rozczarowania, bo już przestał istnieć tylko jako oczekiwanie, ale stał się przeszłością.

June 28, 2020

Wspomnienia pierwszej miłości


Strasznie to smutne, że człowiek nie czuje się przez całe życie jak przy pierwszej miłości. Może to i zdrowiej, ludzki organizm pewnie może znieść ograniczoną ilość nieprzespanych z ekscytacji nocy, ale najbardziej mnie smuci, że to uczucie już nie wraca. Każdy kolejny chłopak czy dziewczyna nie daje tego obezwładniającego ściskania w piersiach, nie odbiera tchu tak jak robił to ten pierwszy. Nigdy nie poczułam więcej tego, co czułam dziesięć lat temu, gdy pierwszy raz miałam zakochałam się w kimś z wzajemnością. Jak wracam wspomnieniami do tamtych chwil, to mam wrażenie, że odtwarzam w głowie jakiś film, w którym były piękne kadry, perfekcyjne światło, scenografia i scenariusz tak romantyczny, że Pamiętnik może się schować. Idealizuję w głowie tamte uczucia i momenty, zupełnie zapominając o jednym z głównych aktorów. W tym wszystkim zupełnie nie tęsknię za moim byłym. Jakby w ogóle był w tym wszystkim statystą albo przypadkowym modelem prezentującym kolekcję uczuć wiosna/lato 2010.


Moja pierwsza miłość pokonała dla mnie ponad tysiąc trzysta kilometrów, gdy odbierałam go z dworca zupełnie nie wiedziałam co mnie czeka. Przyjedzie czy nie? Może to jakiś stary dziad zboczeniec? Spóźniłam się, nie mogłam go znaleźć, czułam że to złośliwy żart, ktoś to wymyślił, żeby zrobić mi przykrość. Aż w końcu go zobaczyłam. Tamtego lata katowałam na zmianę trzy albumy killersów, tekstowo nie bardzo się zgrywały z tym co się działo wokół mnie, ale w momencie gdy on pojawił się na moim horyzoncie, soundtrack był po prostu czystą perfekcją:

And honey when you walk my way
It makes me wanna say
Oh

Straciłam możliwość mówienia i myślenia. Gardło zacisnęło mi się boleśnie, zapomniałam jak mówić po polsku a co dopiero po angielsku. Nerwowo upychałam słuchawki do torebki, iPod spadł mi na chodnik. Nerwowo rzuciłam się za nim na ziemię, byle jeszcze nie musieć patrzeć na człowieka, który w końcu stanął przede mną i nie wyglądał na czterdziestoletniego zboczeńca-mordercę. 
Stanęliśmy naprzeciw siebie i było tak potwornie niezręcznie, że nie wiedziałam czy płonę z zażenowania, radości czy ponad trzydziestostopniowego upału. W końcu wydusiłam z siebie połamane - can I hug you?

Jechaliśmy potem autobusem. Łatwo sobie wyobrazić zatłoczony MKS w sierpniowe popołudnie, cuchnący potem i kurzem. Najmniej romantyczne miejsce na świecie, w którym - powiedziałam mu to - absolutnie nie chcę mieć pierwszego pocałunku. Ale nie zaprotestowałam i może dobrze, nic nie istniało i dalej nie istnieje w mojej pamięci poza detalami: zbliżającą się do mnie jego twarzą. Usta pachniały ciepłem i gumą do żucia.

Dojechaliśmy do hotelu w którym się zatrzymał. Usiadł na krześle i wziął mnie na kolana. Całowaliśmy się już odważniej, namiętniej, a ja tak bardzo się bałam, że nie będę potrafiła. Mówił mi cały czas że jestem piękna i że mnie kocha; w kółko powtarzał te dwie rzeczy między kolejnymi pocałunkami, jak zacięta płyta, aż wryły się w moją pamięć na całe życie. Pamiętam że miałam paznokcie pomalowane na lawendowy kolor. I zupełnie nie wiem dlaczego zapamiętałam akurat to.

Wróciłam do domu i napisałam do koleżanki wiadomość, że właśnie się pierwszy raz w życiu całowałam. Nie spałam całą noc myśląc o tym, że on jest tak blisko, a ja muszę być w domu. Jaka potworna niesprawiedliwość! Jak można oszołomionej miłością nastolatce kazać czekać?!

Podniosłam się z łóżka o siódmej rano, dłużej nie mogłam czekać, a moja mama się dziwiła, bo w wakacje nie zwlekałam się z łóżka przed południem. 
Pamiętam błękitną bluzeczkę w kwiaty i gorączkowe golenie nóg. 
Pamiętam, że od rana był upał, a mi było słabo z nerwów i niewyspania. 
Na rynku był jarmark, ludzie wysypali się w miasto i nie mogłam znaleźć go w tłumie. A gdy w końcu znalazłam, to przylgnęłam już bez nieśmiałości poprzedniego dnia. Pamiętam pocałunki w piekącym słońcu, ostre światło przebijające się przez półprzymknięte powieki. Przechylał mnie lekko do tyłu jak na starych hollywoodzkich filmach. A może sobie to po prostu dopowiedziałam, bo pasowało idealnie do scenerii w której tłum rozstępuje się, mijając nas gdy łączymy się w pocałunku. 

Pierwsze zbliżenia. Nieśmiałe wędrowanie dłońmi po nieodkrytych wcześniej ciałach. Jego dłoń na moim dekolcie nieśmiało przesuwająca się w głąb jeszcze nieodkrytych lądów. Myślałam, że wiem jakie to uczucie być podnieconym, a myliłam się tak bardzo. I już nigdy później podniecenie nie sprawiało że aż tak się dusiłam. Musiałam być niedotleniona przez okrągłe dwa tygodnie jego odwiedzin, bo nie pamiętam żebym w ogóle była w stanie oddychać. 

I w końcu seks. Chwilo trwaj - oby jak najkrócej (i na szczęście pod tym względem się nie zawiodłam). Co zabawne, po latach zamiast rozczarowania w głowie mam tylko oczarowanie. 
Jego pokój miał taki dusząco sztuczny zapach, który jest chyba w każdym tańszym hotelu. Przez zasłonięte okna wpadało delikatne ciepłe światło tańczące refleksami po moich piersiach, pierwszy raz podziwianych i dotykanych. Upał był tak nieznośny że nie dało się wyjść w palące słońce, a co innego można robić w maleńkim pokoju, gdy jest się zakochanym po uszy nastolatkiem? 
Widziałam swoje odbicie w lustrze, bardzo mi się podobało jak nasze ciała wyglądają przy sobie. 
Bolało niemiłosiernie, miłość fizyczna nie do końca trafiła w mój gust, ale dumna i zakochana krzyczałam w swojej głowie - o boże, więc to jest seks? Ja właśnie uprawiam SEKS! A jeszcze tydzień wcześniej nie wiedziałam, czy potrafię się całować!

Jednego wieczoru spadł rzęsisty deszcz, rynek był już pusty i ciemny, gdy obejmowaliśmy się na samym środku, skurczeni pod moją parasolką. Miałam koturny z odkrytymi palcami, a palce mokre i przemarznięte od zacinającego deszczu. Całował mnie namiętnie, przytrzymując moją głowę. Tak jak na filmach. Wszystko było jak na filmach, tylko sama historia dość banalna.


Ciągle potrafię sobie przypomnieć te zawroty głowy i słynne motylki w brzuchu, ale wcale nie potrafię się poczuć tak jak wtedy. Dziesięć lat później w najsolidniejszym związku mojego życia, z człowiekiem którego jestem pewna - nie czuję tej obezwładniającej euforii. Błogość - tak, ale już nie uczucie jakbym stopami sunęła kilka centymetrów nad ziemią. 
Chciałabym się tak czuć przynajmniej raz w miesiącu, jakby zamiast miesiączki miała przychodzić pierwsza miłość. Obezwładniająca, zaburzająca racjonalne myślenie i zdolność koncentracji na czymkolwiek innym poza detalami takimi jak zapach albo kolor paznokci. Tęsknię za uczuciem, ale mam jednak wątpliwości, czy zdrowo tak, oddawać się w pełni miłości, mając za sobą już dawno nastoletnie uniesienia. Pewne rzeczy powinny być zarezerwowane tylko dla tych, którym konsekwencje nie grożą odebraniem prawa jazdy albo dziecka.
Bo jak tu zmieniać pieluchy jeśli priorytetem są cudze usta?


Gdy wyjeżdżał myślałam, że pękło mi serce. Że umrę z tęsknoty. Nie umarłam. Na szczęście każde kolejne rozstanie działało na mnie jak każde kolejne pocałunki: mniej.

Oh.

August 31, 2016

Miasto bez Ciebie

Miasto bez Ciebie jest senne i puste. Bez kolorów są te wszystkie kamienice otaczające rynek, bez kolorów są parasole w ogródkach knajp. I knajpy są puste, i nie ma po co do nich zachodzić, gdy nie ma Cię w mieście. Jedzenie w restauracjach traci smak, kawa jest niewyrazista, spacery męczące. Idę brukowaną ulicą i nie czuję się już jak w domu. Jestem tu obca, otaczają mnie ludzie zajęci swoimi sprawami i samymi sobą, a ja nie mam spraw i nie mam się kim zająć. 
Chodzę po sklepie jak lunatyk, nie wiedząc na co mam ochotę. Włóczę się po galeriach handlowych pijąc jagodowe szejki, od sklepu do sklepu, chociaż nie mam pieniędzy. Co robić w mieście, gdy nie ma pieniędzy i nie ma Ciebie? Nie chcę widzieć się z nikim innym, mam zresztą wrażenie, że nie ma tu nikogo. Że wokół mnie są tylko turyści, zainteresowani muzeami, sklepami z pamiątkami i ulicznymi artystami. Przy Tobie też byłam turystą. Patrzyłam na miasto innymi oczami, chłonąc barwy i dźwięki. Włócząc się nocą po zatłoczonym rynku, siedząc na ciepłym od wakacyjnego słońca bruku - byłam bardziej tutaj, niż teraz, gdy nie rozpraszają mnie Twoje żarty i słowa.
Tramwaj linii numer dwadzieścia jeździ teraz donikąd. Wsiadłabym, jak co drugi dzień, ale nie miałabym gdzie wysiąść. 
I wino nie uderza do głowy, a zapach mięty nie pobudza.

June 9, 2016

Nowa Zelandia



Myślę o wyjeździe już od paru dni                       
Chociaż byłeś wstrętny tylko kilka chwil             
Na mapie palcem wytyczam współrzędne         
Z zamkniętymi oczami: one nie są mi potrzebne     

Odnajduję na globusie dwie plamy                        
Oceanowi i morzu wydane                                 
Na tle tej wielkiej, błękitnej przestrzeni                   
Nie wiem nic o ich istnieniu, prócz tej całej zieleni 

I nie wiem nic o ustroju i władzy                        
No i pewnie mi się to nie opłaci                        
I już radośnie kupuję bilety                                 
I już się pakuję… tylko usmażę ci kotlety           

Chociaż przez Ciebie chcę uciec za morze      
To zależy mi na Tobie, potworze!                   
Po tygodniu, dwóch, pewnie już tu wrócę     
Bo nie przeżyję zbyt długo jeśli Ciebie porzucę 

Ale dziś zamykam się w swoim niebie          
W ścieżkach, pagórkach, daleko od Ciebie  
Jestem zbyt głupia, bo właśnie dlatego    
Nigdy się nie uwolnię, nie ucieknę zbyt daleko

May 21, 2016

Jeśli autobus linii sto czterdzieści pięć wybuchłby w czwartek

Czy gdybym wybuchła, to tęskniłbyś za mną? Czy żałowałbyś tego, że ostatnim razem nie trzymałeś mnie w ramionach chociaż trzy sekundy dłużej? Czy zaciskałbyś w dłoniach moją kurtkę, łapiąc nosem resztkę mojego zapachu, który za chwile zniknie już na zawsze? Czy pomyślałbyś chociaż przez chwilę, że nie wyobrażasz sobie znów świata, w którym mnie nie ma? Chciałabym zobaczyć twoją twarz gdy zdajesz sobie sprawę, że już nigdy w życiu nie będziemy leżeć razem z głowami pod kołdrą, nadzy i rozgrzani, tuląc się do siebie. Lepiej ci leżeć ze mną niż samemu, ale czy to wystarczający powód by umierać z tęsknoty? Chciałabym czytać w twoich myślach, rozumieć jak podejmujesz decyzje i wiedzieć co czujesz. A może wcale nie. Może nie znalazłabym o sobie ani jednej myśli wystarczająco ciepłej by rozgrzała mnie od środka gdy nie mogę zasnąć z zimna. Może bym odkryła myśli tak przykre, że już nigdy nie mogłabym spojrzeć ci w oczy?

Gdyby autobus linii sto czterdzieści pięć wybuchł w czwartek, a Ty wybuchłbyś z nim to zawinęłabym się w twój sweter, chociaż wcale już nie pachną tobą. Nie jadłabym i nie spała, wypłakiwałabym oczy przez kilka dni, skulona w malutki kłębek, aż w końcu umarłabym ze smutku. 

Czy trzeba kochać by umrzeć z miłości? Czy można tak po prostu z przywiązania? Bo ja nie wiem jak się robi kochanie, nikt mnie nigdy nie uczył - w domu przychodziło samo, a w szkole za szybko - by jeszcze szybciej się skończyć. Nie wiem czy można kochać tak bez czyjegoś zezwolenia, nie wiem kiedy to się zaczyna, a kiedy kończy, więc nie zamierzam się deklarować z głębokimi uczuciami, bo wykraczają poza moje kompetencje. Jestem przywiązana. Nie chcę świata w którym nie słyszę Twojego śmiechu, w którym nie głaskasz mnie po ramieniu i w którym nie znajduję oparcia pod twoją lewą pachą. Tyle razy mówiłam, że to najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Tam wcale nie grożą mi wybuchy, pistolety i wypadki samochodowe. Nawet w autobusie linii sto czterdzieści pięć. Chciałabym wiedzieć czy w twojej świadomości to miejsce należy już do mnie czy może jestem tylko chwilowym gościem i moja obecność nic nie znaczy?

Bardzo się boję, że jeśli wybuchnę to poczujesz ulgę.


May 11, 2016

O smakach i zapachach


https://img1.etsystatic.com/066/1/11340415/il_570xN.799272187_mvxm.jpg


Stałam na rozgrzanym piasku, parząc sobie stopy, a słońce paliło - czułam pieczenie na ramionach, plecach, twarzy. Wyciągnęłam szyję i ręce, chwytając kojące podmuchy wiatru płynące do mnie ze strony morza. Weszłam do wody, a glony oblepiły mi nogi. Szumiało mi w oczach gdy stałam sama na plaży, czekając aż przyjdzie - ale nie przyszedł. Więc ja poszłam do niego. Leżał za wydmą, z zamkniętymi oczami. Stróżki potu spływały mu z czoła, a jednak wyglądał tak świeżo i pięknie. Biała skóra na białym piasku i przecinający tę bladość błękitny koc. 
W popołudniowym słońcu liczyłam piegi na jego ciele. Całowałam ramiona, całowałam łokcie, nadgarstki i wnętrza dłoni, a potem palce. Smakował słono. Wodą, słońcem, wiatrem. Smakował latem, a ja chyba nigdy nie byłam taka szczęśliwa i spokojna jak wtedy.

***
Znów jest wiosna. Gdy wieczorami spaceruję po wrocławskich ulicach, dusi mnie zapach kwitnących kasztanów i bzu. Ciężki, słodki, przytłaczający. Brudne, ponure ulice przypominają teraz drogerie; na wystawach jest głównie zieleń. Najbardziej lubię noce, prawie bezdźwięczne. Tylko ja jestem głośno: pojękuję, stękam, wzywam - czasem "o kurwa", a czasem "o Jezu". Ginę wśród pocałunków i dotyków, ale żaden z nich nie ma aż tylu piegów i żaden nie zabierze mnie nad morze. Ale nie jest mi bardzo szkoda. Zatapiam się w objęciach obcych ramion, w obcych dłoniach, w obcych ustach. Nie pamiętam jak pachną, nie pamiętam jak smakują, w głowie mam tylko zapachy kwitnących za otwartym oknem drzew. Każdy z nich jest inny, każdy całuje inaczej, ale wszyscy są mi obojętni.
Lubię mieć w nocy otwarte okno, lubię oddychać.

April 20, 2016

Szantaż


Przechadzam się po pagórkach twoich ramion
I po szorstkości nieogolonego podbródka
Badam śliską bliznę pod prawą pachą
I spaceruję w okolicy lewego biodra

Bardzo delikatnie, samymi opuszkami palców
Uważam, żeby nie pozostawić po sobie śladu
A mogłabym przecież (gdybym była złośliwa)
Ekstatycznie przesunąć paznokciami od góry do dołu
Niechcący

Jak będziesz się tłumaczył z pięciu krwawych ścieżek?
„Koty miały zły humor albo jakieś swędzenie po czekoladzie”
„Walczyłem na pięści z niedźwiedziem!”
„To nie tak jak myślisz, kochanie!”

Dostałbyś pewnie w twarz
O awanturze i łzach nawet nie wspominając
Więc czy nie będzie dla Ciebie bezpieczniej
Jeśli łapska schowam za siebie
A spacerować będę sobie dalej
Ale teraz już samymi ustami?

January 19, 2016

Etiuda zimowa



Za oknem jest mgliście i sypie śnieg. Jak okropnie zimno, nie chcę tam wychodzić, w życiu nie wyściubię nosa spod tej kołdry, nikt mnie nie zmusi do wyjścia!
Moje ulubione miejsce na świecie jest między jego ramieniem a lewym bokiem. W nosie mam parzące piaskiem plaże, zimne morskie fale i zapierające dech w piersiach górskie widoki. Nie obchodzą mnie pałace ani parki, najlepiej mi jest na tym socjalistycznym blokowisku, bo tutaj mam źródło ciepła jakiego nie znajdę nigdzie indziej. Lubię tak leżeć mu pod pachą i pakować ręce pod jego koszulkę, przeczesywać palcami włoski na klatce piersiowej. Byłoby mi cieplej gdybym się ubrała, ale nago czuję mocniej, jestem bardziej tutaj niż gdziekolwiek i kiedykolwiek indziej.
- Zapalimy? - pyta, głaszcząc pieprzyk na moim ramieniu.
- Za zimno - mruczę i naciągam kołdrę pod brodę. Pościel jest w czerwone maki, moje ulubione kwiatki. Zupełnie niemęska, ale jaki facet by się przejmował niemęską pościelą, jeśli pod nią leży rozebrana dziewczyna, która znów przytula się mocniej, przysuwa bliżej.
- Możemy w łóżku.
Bez patrzenia wyciągam rękę po paczkę mentolowych fajek leżących na głośniku. On nieco bardziej uważnie, ale równie leniwie, przestawia kubek z moją herbatą, a spodek kładzie na moim brzuchu jako popielniczkę. 
Staram się zapamiętać każdy szczegół: karton po pizzy wsunięty pod łóżko, zapach jego żelu pod prysznic, przyjemne ciepło psa leżącego w naszych nogach, spokojne tykanie zegara i zatopioną we mgle wieżę kościoła, którą ledwo co widzę przez okno na tle szaro-białego nieba. Przez dłuższy czas już nie czułam się szczęśliwa, bardzo mi zaczęło brakować tych chwil obok, kiedy nie musimy nic robić i tylko bez słowa obserwujemy rozpływający się fantazyjnymi falami dym, który unosi się nad naszymi głowami. Jak mi dobrze i ciepło; tym razem nie potrzeba mi nawet słów, żeby mnie przekonać, że wszystko jest w porządku. I wiem, że za każdym razem gdy będzie mi go brakować, to będzie jeden z tych obrazów, które będę przywoływać do swojej pamięci i którego będę żałować - ale tylko dlatego, że każda taka chwila sprawia, że zawsze będę tęsknić jeszcze bardziej.
Mam tylko nadzieję, że nie znikniesz tak szybko, wolę odwlekać nieuniknione, nawet jeśli zbiorę jeszcze więcej takich momentów i na końcu będzie mi jeszcze ciężej je wszystkie unieść.

November 28, 2015

Koniec jesieni


Jesień kończy się boleśnie. Zniknęły obsypane złotem drzewa i ulice, zniknęły ciepłe promienie słońca. Omijam zamarznięte kałuże i naciągam czapkę na uszy. Cały czas marznę i brakuje mi słońca.

Po ulicach toczą się kasztany - wszystkie wypadają mi z kieszeni, jeden po drugim. Kasztany, żołędzie, suche liście, zwiędłe źdźbła trawy i ziarenka piasku. Chciałabym je złapać, podnieść, zabrać ze sobą do łóżka, ale to już nie ma sensu. Przyszła zima, kilka śmieci nie przywróci mi ciepła. będą jedynie ciążyć. Oddaję też wszystkie moje łzy, które oszczędzałam przez te kilka miesięcy, jakby w przeświadczeniu, że będą mi potrzebne. Teraz zamieniają się w śnieg i przysypią na długie miesiące wszystko, co we mnie żyje. Czekam już tylko na roztopy.
Muszę tylko jakoś przetrwać, jakoś sobie przypomnieć, że jesień nigdy mi nie służyła, nigdy nie przywiązywałam do niej wagi, tylko jak została mi tak brutalnie odebrana, to dopiero wtedy poczułam jej bolesny brak. A przecież wiedziałam, że się skończy.

Brakuje mi siły. Trochę marznę, a trochę mi już nie zależy. Tylko się już przyzwyczaiłam. Do widoku słońca i dźwięku kruszonych pod stopami liśćmi. I do zapachu, smaku i ciepła, gdy zasypiam pod Twoją pachą.
Czerpałam z każdej pory roku wszystko czego mi było trzeba, wszystko co najlepsze - każda kochała mnie po trochu, każda akceptowała inną, a ja cieszyłam się, że je wszystkie w sobie godzę. Zabrakło mi teraz jednej, tak ważnej jak pozostałe, a czuję się, jakbym nie miała nic.

October 22, 2015

Coming out inaczej.

Mija już cztery lata od najgorszego okresu w moim życiu. Okresu jako czasu, nie jako miesiączki. Najgorszy okres-miesiączkę w życiu mam średnio raz w miesiącu. Ale do rzeczy.
W wieku siedemnastu lat poszłam do lekarza, pani doktor nie zastanawiała się długo nad diagnozą, chociaż ja znałam ją już od dawna - depresja. Nieodstępująca mnie ani na krok, dzień w dzień rujnująca moje samopoczucie. Budziłam się nieszczęśliwa, zasypiałam jeszcze nieszczęśliwsza - bo wiedziałam, że rano będę musiała się znów obudzić. Prawie nie pamiętam tego okresu. Niewiele wychodziłam z łóżka. Chodziłam z psem na długie spacery nad Wisłę, siadałam na wale i zastanawiałam się ile jeszcze wytrzymam i jak bolesne byłoby rzucenie się w zimną toń rzeki. Jedyna osoba, której mogłam się zwierzyć, była setki kilometrów ode mnie, zajęta swoim życiem, ale i tak nie chciałam się zwierzać - wolałam zamknąć to głęboko w sobie, licząc na to, że nikt nie zauważy. Ale nie trudno było zauważyć, gdy w drodze do szkoły zawracałam do domu, żeby wrócić do łóżka. Nie chodziło nawet o to, że byłam wiecznie niewyspana, po prostu nie mogłam się zmusić, żeby przekroczyć próg mojego liceum, gdzie czułam się jak intruz, jak dziwak, persona non-grata. Miałam wrażenie, że nienawidzą mnie nauczyciele, wiedziałam, że nienawidzą mnie ludzie z klasy. A przynajmniej większość. Idąc szkolnym korytarzem, jeśli już do tej szkoły dotarłam - miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą, śmiejąc się ze mnie. Z tego jaka jestem - nieśmiała i niepewna, z tego jak wyglądam - tłusta i brzydka. Nie mogłam patrzeć w lustro. Nie mam nawet zdjęć z tamtego okresu, jeśli jakieś miałam, to przepadły, usunęłam wtedy facebooka. I zmieniłam szkołę.
Prawie nie pamiętam początku roku 2012, bo to ciągle było łóżko, spanie po szkole i mocne leki. Wystarczy spojrzeć na archiwum bloga, tamten okres był dla mnie pusty. Wspomnienia zaczynają się gdzieś w wakacje - mój pierwszy koncert, Mystery Jets i The Killers w Krakowie. Potem kupiłam bilet na koncert Lany, tuż przed osiemnastymi urodzinami. Osiemnastkę i to co po niej pamiętam już całkiem nieźle. Tort był tęczowy a dwa tygodnie później poszłam na urodziny kolegi i całowałam się z obcym chłopakiem, co było takie dziwne, bo przecież - kto by chciał mnie całować?
Zaraz później złamałam nogę i kolejnych kilka miesięcy spędziłam znów w łóżku - tym razem z konieczności. Z jednej strony bardzo mi to odpowiadało, z drugiej - miałam już dosyć. Więc zaczęłam coś zmieniać. Uczyłam się grać na gitarze, uczyłam się układać ładnie włosy, kupowałam ładne ubrania, bo dbanie o siebie zaczynało mi dawać cholernie dużo satysfakcji, nawet jeśli nadal siedziałam w domu ze złamaniem. Dwa tygodnie po zdjęciu gipsu pojechałam na koncert, łaziłam po Warszawie, poznawałam ludzi i mocno się malowałam. W wakacje pojechałam nad morze, na biwak z mamą i zobaczyłam Florence and The Machine po raz pierwszy na żywo. Wróciłam do życia.

Nie mówię, że mi przeszło. Zwłaszcza teraz. Jesień znów się do mnie dobiera, robi mi w pokoju bałagan, nie wypuszcza rano z łóżka, zabiera wszystkie siły i chęci. Znów łykam tabletki i cały czas czekam tylko na weekend. Ale w porównaniu do tego, jak czułam się pięć, cztery, trzy lata temu - widzę, jak wiele się zmieniło. Widzę, że mogę mieć cele, do których staram się dążyć, pozwalam sobie na marzenia inne niż te o przespaniu kilku miesięcy - i staram się je realizować. Rysuję, piszę, jem (względnie) zdrowe rzeczy, studiuję coś, czym się interesuję, czekam na kolejne koncerty, układam włosy i ubieram sukienki. I cholernie mnie to uszczęśliwia. Ostatnio myślałam, że to jednak nie daje mi takiej radości, a to nieprawda. W porównaniu do kilku lat wstecz (przecież to nie było tak dawno!) widzę, jak zmieniło się moje życie. Widzę, że jest zawsze jakaś nadzieja, nawet w sytuacjach kryzysowych. I pewnie brzmi to marnie i banalnie. Trudno.
Myślałam wczoraj dużo na ten temat. Dziś łatwiej było mi wstać z łóżka. I zaczynam wierzyć, że może jest jeszcze szansa, żeby się wyleczyć. Jestem swoją własną motywacją.

To zdjęcie z okresu, kiedy zaczęłam zbierać się do kupy. 2013 :)


Jeśli ktoś wszedł tutaj, bo liczył na to, że to będzie klasyczny coming-out, a nie przyznanie się do pięcioletniej walki z depresją, to cóż... w sumie mogę to zrobić, chociaż nigdy tego nie ukrywałam - dziewczyny też lubię!

October 20, 2015

Wyznanie

Tęsknię za Tobą na odległość stołu. Tęsknię, gdy idziemy razem ulicą ale nie trzymamy się za ręce. Tęsknię w trakcie posiłków, gdy śpisz obok mnie i gdy patrzysz przez okno - nie na mnie. Tęsknię, gdy rozmawiasz ze mną przez telefon i tęsknię, gdy odpisujesz komuś na esemesa. A jeszcze bardziej jak mi nie odpisujesz, albo nie odbierasz, bo może coś Cię rozjechało, może Cię pobili, okradli, zamordowali. Wtedy mi głupio, że tęsknię tak samolubnie, powinnam się martwić, a nie tak sobie tęsknić, bo bez Ciebie jest mi zimno i smutno.
Tęsknię najbardziej jak obieram ziemniaki, jak wieszam pranie i jak maluję paznokcie - bo ręce mam zajęte i nie mogę za Tobą tęsknić na fejsie, krótkimi wiadomościami. 
Tęsknię gdy się budzę obok Ciebie, bo zmarnowałam kilka godzin na spanie. I tęsknię jak przeżuwam kotleta, bo nie mogę Cię wtedy całować. Zamiast zasypiać wcześnie i budzić się wypoczęta, to ja tęsknię nocami i budzę się z myślami o Tobie i tęsknię jeszcze bardziej niż zwykle, bo nazbierało mi się tych tęsknot przez całą noc.

Nie tęsknię tylko jak mnie całujesz w czoło i głaszczesz po włosach. 


Albo jak mnie tak cholernie wkurwiasz jak wczoraj.
Wtedy to nie tęsknię już wcale. Spierdalaj.

October 13, 2015

Etiuda jesienna

 

Ciepły, jesienny dzień, spacerowaliśmy po parku. Zerwał dwa złote źdźbła trawy i dał mi je, mówiąc, że to polne kwiaty. Przechowałam je na dnie torebki, a potem wstawiłam do słoika tylko dlatego, że nie mam antycznego wazonu, którego są warte.

Tydzień później nie było już słonecznie i ciepło - zimny wiatr, oboje owinęliśmy się szalikami. Spotkaliśmy się w centrum miasta, pocałował mnie na dzień dobry, a potem powiedział, że ma dla mnie prezent. Myślałam, że dostanę ciastko, ale dostałam kasztana. Trzymam go w kieszeni płaszcza i obracam w palcach gdy czekam na tramwaj. Robi mi się odrobinę cieplej.

Za tydzień na chodnikach może leżeć i śnieg. Będziemy szczękać zębami jeszcze bardziej niż dzisiaj, darujemy sobie romantyczne spacery po mieście i parku. Może tym razem dostanę łamiącego się pod palcami liścia. Ale nie zdziwię się, jeśli da mi w prezencie garść piasku. Nie wiem tylko co miałabym z nim zrobić.

September 22, 2015

Romantyczna historia z miesiączką w tle

 

Zaprosiła go do siebie na randkę. Upiekła ciasto i schłodziła wino. Zgaszone światło i blask świec stworzyły idealną atmosferę, żeby zrobić sobie romantyczny wieczór, ewentualnie, jak kto woli, wywołać diabła albo złożyć ofiarę z ludzkiej krwi. 
Zrobili wszystkie te rzeczy, bo w którymś momencie chyba jednak przestała być "za młoda". Może to wino uderzyło mu do głowy, a może ciasto tak bardzo smakowało, bo przecież nie mogło chodzić o krótką spódniczkę - ostatnim razem mogła by jej nie mieć, a on i tak nie chciał jej tknąć.

Diabła wywołali stosunkowo szybko, w końcu nie chował się za głęboko, siedział jej za kołnierzem, a dekolt miała  znacznie głębszy niż ostatnio. Pchnął ich w swoje ramiona, rozpiął guziki jego koszuli i haftki jej stanika. Zamienił słowa w szepty, przytulenia w pocałunki, a ręce wędrowały coraz niżej i żadnego z nich nie powstrzymała nawet jej miesiączka.

Pościel po wszystkim wyglądała jakby w ofierze ciemnym mocom zarżnięto w łóżku jakieś małe zwierzątko, ale nic z tych rzeczy, nawet jeśli rżnięcie, owszem, było.

September 15, 2015

Diabła miała za kołnierzem


Poszła na randkę ze starszym od siebie mężczyzną i - och jej, bo dawno nie była tak całowana. Z czułością, głodem, namiętnością - wszystkim na raz. Głaskał ją po włosach, po policzku - i całował. Idealnie miękkimi ustami, wilgotnym, ciepłym językiem.
- To może chcesz wpaść do mnie na naleśniki? - zapytała niewinnie. Mogła zaproponować oglądanie pocztówek, picie herbaty, albo czytanie encyklopedii, wszystko było przecież jasne.
Tymczasem on odmawia. Kręci, wymiguje się od odpowiedzi - a ona nie jest w stanie zrozumieć. Widzi, że mu się podoba. A on, wcześniej nie mógł oderwać od niej wzroku - a teraz nie może oderwać też rąk, z trudem odrywa usta. I w końcu mówi:
- Jesteś dla mnie za młoda.
Dziewczyna przeciera oczy, bo przecież  nie wierzy, ale może powinna raczej przeczyścić uszy? Zazwyczaj jej wiek to zaleta. Trzydziestolatkowie to chleb powszedni, ale i starszych ciągnie do niej jak muchy do lepu, bo w końcu to takie fajne, mieć przy sobie taką młodziutką dziewczynę. Tylu starszych mężczyzn do niej zagadywało i pisało - i każdy marzył o osiemnastoletniej kochance! Przecież to klasyka, w filmach i serialach, w piosenkach i opowieściach - starszy mężczyzna znajduje sobie znacznie młodszą kochankę!
Ale w tym wypadku to wada. Bo źle by się czuł, jakby ją demoralizował. Wykorzystywał. I ona tłumaczy, że jej się bardziej zdemoralizować już nie da, po prostu zna ją od tej bardziej neutralnej strony, ale naprawdę, on nie da rady już bardziej zaszkodzić. W końcu usiadła mu okrakiem na kolanach, znów go całuje, wytycza językiem szlaki na szyi, przygryza płatek ucha, słyszy jak ciężko oddycha, jak desperacko trzyma ją w ramionach, nie chcąc, by przestała, jednocześnie bojąc się co będzie, jeśli nie przestanie.
- Czy gdybym nie chciała być wykorzystana, to nosiłabym takie majtki? - pyta przekornie, chwytając go za rękę, naprowadzając ciepłą dłoń na swój pośladek, zupełnie odsłonięty, bo więcej w tych jej majtkach jest wycięć, niż materiału.
Czuje jak mężczyzna bada palcem niepoznany ląd jej pupy, wyobraża sobie jak naprawdę wyglądają te majtki i te pośladki. Wędruje po skrawkach materiału, dociera coraz głębiej. Wsuwa we nią ledwo jeden palec, dosłownie na kilka sekund, ale ona już dyszy mu zachęcająco do ucha, jakby było to znacznie więcej.
- Nie bój się, nie jestem taka niewinna, na jaką wyglądam. Naprawdę diabła mam za skórą. Nawet nie za skórą. Za kołnierzem. Jak mnie rozbierzesz, to sam zobaczysz - rozpina natychmiast dwa guziki sukienki, która wcześniej była skromnie zapięta pod szyję, aż do wyprasowanego kołnierzyka. Drugą rękę prowadzi mu pod sweterek, kładzie na swojej piersi, zaciska dłoń na jego dłoni tak, by sam zacisnął się mocno na niej. Więc on zaciska, dotyka. Nie przeszkadza im pałętający się obok bezdomny, ani całująca się dwie ławki dalej para. Dotyka ją, całuje jeszcze namiętniej, a potem bierze na ręce i podnosi...
...tylko po to, żeby odstawić ją na chodnik i powiedzieć, że niedługo odjedzie jej ostatni tramwaj, więc lepiej będzie, jeśli teraz ją odprowadzi.

September 2, 2015

Nostalgia

Rok temu pojechałam odwiedzić dom, w którym mieszkała moja prababcia. Stary, drewniany dom był zupełnie zarośnięty pokrzywami i różnymi chwastami, nie byliśmy nawet w stanie podejść pod drzwi, nie było zresztą po co. Zrobiliśmy odświętne zdjęcia w niedzielnych sukienkach i pojechaliśmy do bardzo starej cioci na herbatę i ciasto. Wujek jest siwy i z wąsem, ma też konia, kurki i psa. Przez chwilę czułam się tam jak w dzieciństwie, jak u prababci. 
Raz użądliła mnie pszczoła w sam czubek nosa, a moją mamę pogryzły czerwone mrówki, gdy rozłożyła koc na mrowisku. Zrywaliśmy czerwone porzeczki a babcia robiła mi z nich pierogi. I chociaż wiem, że były niesamowicie kwaśne i teraz bym ich nie jadła z takim zapałem co kiedyś, to ciągle wydaje mi się, że te pierogi były najwspanialszym jedzeniem.
Za domem był las, mój dziadek chodził na grzyby, a my na jagody. Raz mnie nie obudzili, byłam wtedy jeszcze malutkim blondaskiem, zrobiło mi się bardzo przykro. Babcia włożyła grzyby pod wiśniowym drzewem, żebym i ja mogła być grzybiarzem. Nie lubiłam jeść grzybów, ale nawet wtedy mi się podobały - soczyście brązowe, wielkie, pachnące.
Do prababci jeździliśmy całą rodziną. Ja, mama, tata, siostra, potem też brat, dziadkowie i Laki, nasz szczeniak dalmatyńczyk. Gdy już urósł, wykarmiony przez babcię na wsi, mój wujek chciał go wziąć na smyczy na spacer. Była zima i skończyło się tym, że pies ciągnął go po lodzie i brudnym śniegu z taką siłą, że mój wujek większość tej trasy pokonał na brzuchu. Tak przynajmniej mi mówili. 

Dwieście metrów od domu babci była stacja kolejowa. Ciągle pamiętam senne stukanie zwalniających pociągów późnymi wieczorami, gdy zasypiałam pod grubą pierzyną, a z kuchni słyszałam jak prababcia słucha w radiu Apelu jasnogórskiego. Nie chodzę do kościoła i nie jestem religijna, ale ta pieśń niesamowicie mnie wzrusza. Pamiętam bardzo dokładnie głos babci, która wyśpiewywała, że czuwa, że jest i że pamięta. Czasem, gdy jeszcze nie spałam, śpiewałam z nią i był to stały wieczorny rytuał, zamiast wieczorynki. 

Gdy niedawno dopiero pokazywałam mamie zdjęcia z zeszłorocznego wyjazdu, widziałam łzy gdzieś w kącikach jej oczu. "Te tory mogłyby być wszędzie, ale ja je zawsze rozpoznam" - powiedziała. Chociaż ja miło wspominam krótkie okresy na wsi, to jednak najbardziej jest to miejsce mojej mamy. Ona spędzała tam w dzieciństwie każde wakacje i święta, a potem zabierała tam raz do roku mnie i moją siostrę. 

Siedzę od ponad godziny na dworcu PKP w Kłodzku, a zaraz jadę dalej. W drodze słońce świeciło mi w twarz, wiatr wywiewał zasłonki przez okna wagonów. Czytałam książkę i co chwila spoglądałam na malujące się w oddali wzgórza. I czułam się tak cudownie rześko i wakacyjnie. 
Dworzec w Kłodzku otoczony jest wzgórzami pokrytymi suchą, żółtą trawą i zielonymi drzewami, chociaż niektóre z nich również już dają znać o nadchodzącej jesieni. I to uspokajające turkotanie starych pociągów. Czuje się wspaniale.


 _______________
Pierwsze zdjęcie to dom mojej prababci. Drugie zrobiłam w drodze do Kłodzka.

August 9, 2015

Trzy namioty

Fot. Karolina Ramos

Pojechałyśmy z Marleną na Woodstock.

Marlena nie wróciła na noc po raz pierwszy i gdy się obudziłam, a jej nie było obok, trochę się zmartwiłam. Odebrała po pierwszym sygnale, więc mogłam spać spokojnie - i to pod dwoma śpiworami. Nad ranem poprosiła, żebym usiadła obok niej. Usiadłam. Nie, nie tak, usiądź nade mną. Siadłam na piętach, tuż przy jej biodrach i patrzyłam na nią z góry, a jej ciągle nie pasowało. Nie, nie tak. Usiądź... na mnie. Spojrzałam na nią podejrzliwie, ale ja to ja, dwa razy mnie nie trzeba prosić o takie przysługi, zwłaszcza, gdy zgrabna dziewczyna podwija przede mną koszulkę. Patrzę na nią zaskoczona, ale nie żądam wyjaśnień, ja zawsze chętnie pomogę, jeśli trzeba na kimś usiąść.
- Widać mój tatuaż? - słyszę i spoglądam na kość miedniczną, grzecznie omijając wzrokiem wypukłości powyżej, które znacznie bardziej chciałabym podziwiać. 
- Słabo, prawie na nim siedzę.
- A teraz się pochyl, jakbyś chciała rozpiąć mi spodenki. Widać?
- No widać. - kiwam głową, walcząc ze sobą, bo moje ręce chętnie rozpięły by spodenki na serio, a nie tylko po to, żeby podziwiać tatuaż z różnych perspektyw.
- To dobrze. Spotkałam wczoraj takiego kolesia. Cały był w tatuażach, więc chciałam, żeby zobaczył, że ja też mam.
Cóż, nie chciałam łamać jej serca i darowałam sobie komentarz o tym, że w takiej pozycji jej nowy tatuaż był ostatnią rzeczą, na którą zwrócił uwagę.

Drugiego wieczoru Marlena postanowiła iść na koncert. Nie dotarła. Przy jednym z namiotów siedział Kamil. Wysoki, chudy, blady jak trup i z dredami, posłał jej szeroki uśmiech, a ona widząc skręta w jego dłoni, uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Całą noc mówił jej, że jest piękna i że ją kocha. Tylu wyznań miłości nie słyszała w całym swoim życiu i trochę dziwiła się na jego słowa, ale zaraz tłumaczył, że to tylko taka woodstockowa miłość i żeby się nie martwiła, bo za tydzień o niej zapomni. Nie było to zbyt romantyczne, ale skręcał już kolejnego, więc nie zastanawiała się nad jego słowami, zwłaszcza, że następnej nocy sama już o nim nie pamiętała.

Marlena nie trafiła w nocy do naszego namiotu. Nic dziwnego, gdybym sama tyle wypiła, też bym nie mogła trafić. Jak szłam na koncert, jakiś chłopak w sombrero częstował ją wódką, ale nie miała czym popić, więc popijała wódkę piwem, a gdy skończyło się piwo, to wódkę wódką. Wyglądała na zadowoloną, więc nie ingerowałam. Poza tym ja też byłam zadowolona z perspektywy zawłaszczenia sobie jej śpiworu po raz kolejny.
W zasadzie zawędrowała całkiem blisko naszego namiotu, poddała się dopiero piętnaście metrów od miejsca docelowego, gdy na chwilę usiadła przy ognisku z Niemcami. Oni też częstowali różnymi używkami, więc tym bardziej nie śpieszyło jej się do mnie. Poza tym, jeden z nich, Gilbert, już zaczął się do niej kleić. Był nad wyraz ucieszony, gdy powiedziała, że zgubiła drogę do namiotu, a noc jest zimna. Zaraz zaprosił ją do siebie i żeby było cieplej, szybko się rozebrali. Nie wnikałam w logikę tej opowieści. Gilbert był uroczy, bo w całej tej grupie Niemców - Niemcem nie był. Mówił z cudownym, brytyjskim akcentem, złapał ją za włosy i szeptał jej do ucha takie rzeczy, o których lubiła słuchać, a gdy zduszonym głosem odpowiadała mu "yes, please", to poprawiał ją "yes, sir", a ona grzecznie przyjmowała te poprawki. 
O czwartej nad ranem, w świetle poranka zobaczyła, że nie jest tak przystojny, jak wskazywałby na to jego akcent i nawet chciała wrócić do naszego namiotu, ale nie mogła znaleźć spodni. Więc została tak długo, aż nie skończył im się zapas prezerwatyw.

Za rok też chcę jechać z Marleną. Dodatkowy śpiwór, dodatkowy koc, a wcale nie muszę ich dźwigać. Poza tym, może czegoś się nauczę - i nie mówię o wyłudzaniu używek. Bo przez te trzy noce całowałam się tylko raz, niechcący. Podszedł do mnie Turek (wnioskuję po zakrzywionej szabli, turbanie, brodzie i odcieniu skóry) i bez ostrzeżenia zaczął mnie całować. I zdecydowanie nie miałam ochoty na więcej, przez te trzydzieści sekund nasiąkłam jego czosnkowym oddechem i czułam się tak, jakby moje życie już nigdy miało nie być takie samo.

Lista zachcianek.


Od kilku dni czuję się źle. Tak, jakby ktoś mnie zmiął w pięści, schował do kieszeni i nosił tam tygodniami, zupełnie zapomnianą. Wrzucił kilka razy do prania. Aż będę wyprana z energii, wymięta jeszcze bardziej. Wyblakła jak stary paragon za obiad, deser i inne usługi, mające na celu sprawienie klientowi przyjemności. Czuję się zapomniana i czuję się źle. 
A chciałabym się czuć ważna. Albo chociaż pamiętana. Tymczasem mam internetowe serduszko, gdy natrafił na moje zdjęcie podczas bezmyślnego skrolowania internetów - i to jedyne serduszko na jakie mogę mieć nadzieję. I mam wrażenie, że ten stan będzie się utrzymywał do końca mojego życia. Nie, nie stan beznadziejności. Stan bycia niepotrzebną.
Chciałabym, żeby zadzwonił. Żeby zapytał co u mnie, jak gdyby nigdy nic. Żeby odpisał od razu. Albo żeby odpisał w ogóle. Chciałabym, żeby się martwił. Chociaż wcale nie chcę, żeby wiedział. Nie lubię pakować się ludziom pod nogi z moim smutkiem, zupełnie nieproszona. Albo proszona, co za różnica. Kiwają głową, żebym mówiła, co leży mi na sercu, ale ja też tak czasem kiwam - gdy rozglądam się niepozornie za drogą ucieczki.
Nie będę wcierać nikomu swojego nieszczęścia w twarz, nawet jeśli miałabym za to płacić i nie czuć się tak, jakbym kogoś wykorzystywała. Nazywają to terapią i podobno ma pomagać. I chociaż gdy robiłam to wcześniej, czasem pomagało, ale zawsze czułam się z tym głupio, jakbym przychodziła na urodziny, na które ktoś zaprosił mnie tylko z grzeczności, ale nikt nie chce mnie tam oglądać. 
I mam bloga. Na którym miałam się twórczo doskonalić, a którego znów brukam swoim marudzeniem, jęczeniem i łzami, tylko dlatego, że palce bolą mnie od ręcznego pisania w pamiętniku. A jest we mnie za dużo smutku, cztery strony zapisane ciasno niebieskim długopisem to za mało by to wszystko wyrazić.

Chciałabym, żeby zadzwonił.
Nie chcę, żeby dzwonił. Nie chcę go oglądać. Nie chcę o nim pamiętać. Chcę zapomnieć tak łatwo - jak ja zostałam zapomniana, pominięta, odstawiona w kąt. 

Chciałabym, żeby wiedział.
Beze mnie, bez mojego jęczenia i płaczu. Po prostu wiedział.

Nie wiem czego chcę. 
Po prostu będę miała okres, to wszystko. Na pewno to wina hormonów. Na pewno, nie można być aż tak smutnym tylko dlatego, że serce ma się w kawałkach.  Przecież to tylko serce.

Chcę być niezapomniana. Chcę żeby był blisko. Chcę cofnąć czas, żeby jeszcze raz móc zobaczyć jak się uśmiecha. Poczuć zapach jego potu, gdy leży tuż obok mnie na balkonie i palimy papierosy. I jest upał, a my jesteśmy nadzy i zmęczeni, pijemy białe wino z kostkami lodu i jeszcze nie mam pojęcia, że będę zapomniana. I jeszcze mogę się wycofać.

I jeszcze chciałabym, żebyś tego nigdy nie przeczytał. Bo to nie jest nawet ważne. Staram się uporać z tym wszystkim. Przepraszam, na wypadek, jakbyś poczuł się winny. Nie chodziło mi o to, żeby robić z siebie ofiarę.